Na zewnątrz przetoczył się grzmot, a błyskawica oświetliła
krople deszczu na ciemnej szybie, rozbłyskując na chwilę kolorem w witrażowych
obwódkach okna.
Bren czytał do późna, nie będąc w nastroju do spania ani do
dzielenia łoża z własnymi ponurymi myślami. Kiedy oczy i jego tolerancja wobec
atewskich postaw podniosły bunt, Bren zaczął oglądać ilustracje. Czytał o
dawnych wojnach. O zdradach i otruciach.
Banichi pojawił się wraz z grzmotem, wszedł do pokoju i stanął
przy kominku. Na jego czarnym, wykończonym srebrem mundurze lśniła delikatna
mgiełka, a on sam nie wydawał się zadowolony.
- Nadi Bren, wolałbym, żebyś przed podjęciem decyzji
konsultował się ze mną.
Zapadła cisza. Popatrzył na Banichiego, bez słowa, z kamienną
twarzą, i pomyślał, czyby nie powiedzieć: a ja wolałbym, nadi, żebyś konsultował
się przed wyjściem.
Ale Banichi, jeśli go to obchodziło, mógł się domyślić, co
myśli Bren, podobnie jak jemu pozwolono się domyślać, co myśli Banichi albo
gdzie jest Jago, albo dlaczego tak zwani służący, którzy przyjechali z nim ze
stolicy, byli nieobecni lub nieosiągalni.
I może złościł się niesłusznie, może obecność Banichiego na
lotnisku, czy tam skąd właśnie wrócił, była całkowicie usprawiedliwiona i zbyt
utajniona, żeby mu o tym powiedzieć, ale, do diabła, czuł złość, dziwną, piekącą
złość, a Banichi sobie stał, powiększając jedynie urazę, z intensywności której
Bren nie zdawał sobie dotąd sprawy, całkowicie nieprofesjonalną, głupią i ludzką
urazę, która zaczynała się od Tabiniego i obejmowała jedynych dwoje atevich poza
Tabinim, których, jak sądził, rozumie.
Prawdopodobnie miały coś z tym wszystkim wspólnego regularne
próby opróżnienia i tak pustego żołądka. Równowaga mineralna. Witaminy. Nowe
dania, które mogą pozbawić człowieka środków odżywczych, zamiast mu ich
dostarczyć albo chemicznie wiązać to, co jest dla niego niezbędne... Bren
potrafił wymyślić dziesięć całkowicie wiarogodnych powodów celowo samobójczego
zachowania, z których połowa była związana z dietą, a druga połowa z tym, że,
niech to diabli, jego własna konstrukcja biologiczna albo kultura domagały się,
by polubił jednego przedstawiciela gatunku, współpracy z którym poświęcił całe
swe życie.
- Ja nie muszę być paidhim - powiedział w końcu, ponieważ
Banichi uparcie milczał. - Nie muszę opuszczać rodziny ani mojego gatunku i żyć
w miejscu, gdzie nie jestem mile widziany przez dziewięć dziesiątych populacji.
- To jak się was wybiera? - zapytał Banichi.
- To są studia. Specjalizacja. Jeśli jest się najlepszym, a
dotychczasowy paidhi zrezygnuje z pracy, dostaje się jego stanowisko. Właśnie
tak. To coś, co się robi, żeby utrzymać pokój.
- Jesteś najlepszy w tym, co
robisz.
- Staram się - odparł: - Naprawdę się staram, Banichi.
Najwyraźniej zrobiłem coś nie tak. Może obraziłem aiji - wdowę. Może wpędziłem
się w niebezpieczną sytuację. Nie wiem. To przyznanie się do klęski,. Banichi.
Nie wiem. Ale nie było cię tu, żebym mógł cię zapytać. Jago też nie. Nie mogłem
znaleźć Alginiego. Tano nie miał dyżuru. Zapytałem więc Djinanę, który nie
wiedział, co ty mógłbyś mi odpowiedzieć, gdybyś tu był.
Banichi zmarszczył
ponuro brwi.
- Gdzie byłeś, Banichi? A może nie powinienem pytać? Gdybyś
zamierzał odpowiedzieć na moje pytania, powiedziałbyś mi, że wychodzisz, a
gdybyś nie chciał, żebym się martwił, to nie ukrywałbyś przede mną dowodów i nie
odmawiałbyś odpowiedzi na moje rozsądne pytania, kiedy polegam na tobie w
sprawach ochrony, o którą Traktat nie pozwala mi zadbać osobiście.
Banichi przez chwilę nic nie mówił ani się nie poruszał.
Następnie zdjął łokieć z obmurówki kominka i ruszył cicho do sypialni.
Bren zamknął książkę z trzaskiem. Banichi obejrzał się
zaskoczony. Przynajmniej Bren miał tę satysfakcję. Widać tamtemu też puszczają
nerwy.
- Gdzie jest Jago? - zapytał Bren.
- Na dworze. Ona także odmawia odpowiedzi na twoje rozsądne
pytania.
- Banichi, do cholery! - Wstał, chociaż nie na wiele to się
zdało: żeby spojrzeć Banichiemu w twarz, i tak musiał patrzeć w górę, nawet z
tej odległości. - Jeśli jestem aresztowany i uwięziony, to mi to powiedz. I
gdzie jest moja poczta? Czy do Maidingi nie przylatują rejsowe samoloty?
Wyglądało mi to na prawdziwe lotnisko.
- Raz w tygodniu z Shejidan. Większość kraju, nadi, żyje innym
tempem. Uspokój się. Ciesz się jeziorem. Ciesz się zwolnionym tempem.
- Zwolnionym tempem? Chcę baterii słonecznej, Banichi. Chcę
zadzwonić. Nie mów mi, że nie ma tu telefonu.
- Rzeczywiście, telefonu tu nie ma. To zabytek. Przewody
zeszpeciłyby...
- Podziemne przewody, Banichi. Rury pod sufitem. Jest tu
mnóstwo przewodów.
- Trzeba je tu doprowadzić.
- Jest gaz. Jest światło. Dlaczego nie ma gniazdek? Dlaczego
nie może ktoś pojechać do miasta, pójść do sklepu ze sprzętem i kupić dla mnie
cholerny przedłużacz i wtyczkę? Mógłbym poświęcić jedną lampę. Historycznym
murom nic by się nie stało.
- Nie ma sklepu ze sprzętem. Miasto Maidingi jest bardzo małe,
nadi Bren.
- Boże.
Zaczynała go straszliwie boleć głowa. Znowu podnosiło mu się
ciśnienie, wszystko wokół zaczęło krążyć i kołysać się; blask, ciepło i syk
ognia zalewały mu zmysły. Bren chwycił się obmurówki kominka.
- Banichi, dlaczego Tabini to robi?
- Co robi, nadi? Nie sądzę, żeby aiji-ji miał cokolwiek
wspólnego ze sklepami ze sprzętem w Maidingi.
To nie było zabawne. Oparł się plecami o kamienie, założył ręce
i wbił w Banichiego gniewny wzrok, zdecydowany tak czy owak wszystko mu
wygarnąć.
- Wiesz, co robi. Poczułbym się lepiej, gdybym sądził, że to
polityka. Nie czuję się lepiej, myśląc, że to może coś, co zrobiłem, albo że
wpędziłem Tabiniego w kłopoty. Ja go lubię, Banichi. Nie chcę być powodem jego
krzywdy - ani twojej, ani Jago. To moje man'chi. Ludzie tacy już są. Jesteśmy
irracjonalnie lojalni względem osób, które lubimy, a ty dawno już przekroczyłeś
granicę mojej uprzejmości, Banichi.
- Najwyraźniej.
- A ja wciąż cię lubię, niech cię licho. Nie można się pozbyć
jednego z nas, nie można odrzucić naszej przyjaźni, bo man'chi nakazuje coś
innego. Nie można się nas pozbyć, kiedy was lubimy. Banichi, jesteś ze mną
związany, więc zrób z tego jak najlepszy użytek.
Nie istniało wyraźne słowo na "lubić". Oznaczało ono skłonność
do surówek lub mrożonych napojów. "Kochać" było jeszcze gorsze. Banichi nigdy by
mu tego nie wybaczył.
Nozdrza Banichiego rozchyliły się raz, dwa razy. Powiedział w
mospheiranie z silnym akcentem:
- Jakie znaczenie? Jakie znaczenie mówisz, nand' paidhi?
- To
takie uczucie, jakie żywię względem matki, brata i mojej pracy, jakie mam
względem Tabiniego, ciebie i Jago. - Zawiódł go oddech. Podobnie jak opanowanie.
Wyrzucił z siebie wszystko. - Banichi, przeszedłbym tysiąc mil, żeby usłyszeć od
ciebie miłe słowo. Dla ciebie zdarłbym z grzbietu ostatnią koszulę, gdybyś jej
potrzebował; gdybyś miał kłopoty, przeniósłbym cię ten tysiąc mil. Jak to
nazwiesz? Głupotą?
Znów te rozdęte nozdrza Banichiego.
- To byłoby dla ciebie bardzo trudne.
- I tak jest z lubieniem atevich. - Wyrwało mu się, zanim
zdążył to ocenzurować. - Baji - naji. To moje szczęście.
- Nie żartuj.
- Nie żartuję. Boże, ja nie żartuję. Musimy kogoś lubić, bo
inaczej umieramy, Banichi, od razu umieramy. Umawiamy się z babkami, pijemy z
filiżanek podawanych nam przez obcych i nie prosimy już o pomoc, Banichi, bo po
co, skoro nie widzicie, czego nam trzeba?
- Jeśli się nie domyślę, co lubisz, grozisz mi zniszczeniem
mojej reputacji. Czy to dokładna interpretacja?
Ból głowy stał się nagle nie do zniesienia. Wszystko się
zlewało.
- Lubić, lubić, lubić - zostaw to cholerne słowo, Banichi. Ja
przekraczam tę przepaść codziennie. Nie mógłbyś przekroczyć jej chociaż raz? Nie
możesz przejść na moją stronę, Banichi, tylko jeden raz, żeby poznać moje myśli?
Jesteś sprytny. Wiem, że trudno cię zwieść. Pójdź samotnym torem moich myśli,
Banichi.
- Nie jestem jakimś przeklętym daniem obiadowym!
- Banichi-ji. - Ból osiągnął pewien poziom i na nim pozostał,
możliwy do zniesienia, kiedy Bren już odkrył jego granice. Rękę opierał na
obmurówce. Czuł jej fakturę, jedwabisty kurz wieków, rozgrzaną przez ogień
skałę, wyrwaną ziemi, by powstał ten budynek, zanim jeszcze ludzie opuścili swój
świat. Uspokoił się - pamiętał, że jest paidhim; pośrednikiem. Pamiętał, że sam
to wybrał, wiedząc, że nie będzie żadnej nagrody, wierząc wtedy, że atevi
oczywiście mają uczucia i że oczywiście, kiedy już znajdzie odpowiednie słowa,
uruchomi odpowiedni przycisk, znajdzie klucz do atewskich myśli - otrzyma od
nich wszystko, co poświęcał wśród ludzi.
Miał wtedy dwadzieścia dwa lata, i to czego nie wiedział,
znacznie przewyższało jego wiedzę.
- Twoje zachowanie mnie martwi - rzekł Banichi.
- Wybacz mi. - Ściśnięte gardło przeszkadzało mówić. Był jednak
o wiele spokojniejszy. Wolał nie patrzeć na Banichiego. Wyobrażał sobie tylko
podejrzliwość i gniew na jego twarzy. - Zareagowałem nieprofesjonalnie i
nietaktownie.
- Na co, nand' paidhi?
Zdradliwy dobór słów. Rzeczywiście robi błędy, i to poważne.
Ból głowy źle wpłynął na jego wciąż rozregulowany żołądek.
- Źle zrozumiałem twoje zachowanie. To ja popełniłem błąd, nie
ty. Czy pójdziesz ze mną na to poranne spotkanie i będziesz mnie pilnował przed
moją własną głupotą?
- Jakie zachowanie źle zrozumiałeś?
Z powrotem do ataku. Banichi nie chwycił przynęty. A Bren nie
miał teraz sił do spierania się ani w ogóle do działania na zimno.
- Już to wyjaśniłem. Nic z tego nie zrozumiałeś. I nie
zrozumiesz. - Zapatrzył się w ciemne kąty, gdzie nie docierał blask ognia i
przypomniał sobie, jak Banichi zinterpretował jego wyjaśnienie. - To nie była
groźba, Banichi. Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Cenię sobie twoją obecność
i twoje zalety. Czy pójdziesz jutro ze mną?
Z powrotem do najprostszych, najwcześniejszych i najbardziej
uzgodnionych słów. Słów zimnych. Nie obciążonych.
- Nie, nadi. Ateva nie zaprasza się sam do stołu wdowy. Ty
przyjąłeś.
- Zostałeś przydzielony...
- Moje man'chi jest związane z Tabinim. Moje działania są jego
działaniami. Paidhi nie mógł chyba zapomnieć tej prostej rzeczy.
Bren był zły. Spojrzał na Banichiego i nie odrywał od niego
spojrzenia na tyle długo, że, miał nadzieję, Banichi zastanowi się, w jakich
innych obszarach jego działania są działaniami Tabiniego.
- Nie zapomniałem. Jakże bym mógł?
Banichi odpowiedział mu ponurym spojrzeniem.
- Zapytaj o podsuwane ci dania. Dopilnuj, żeby kucharz
wiedział, że jesz z aiji - wdową.
Otworzyły się drzwi najbardziej zewnętrznego pokoju. Banichi
natychmiast zrobił się czujny. To jednak była Jago, zmoczona deszczem jak
Banichi, najwyraźniej w dobrym humorze, dopóki ich nie zobaczyła. Jej twarz
natychmiast przybrała obojętny wyraz. Przeszła do sypialni Brena bez słowa.
- Przepraszam - rzekł ponurym głosem Banichi i poszedł za nią.
Bren wbił wzrok w jego odziane w czarny mundur plecy, w
rozkołysany warkocz - dwoje ochroniarzy Tabiniego, idących przez jego sypialnię
do pokoi dla służby; uderzył pięścią w obmurówkę. Ból poczuł dopiero wtedy,
kiedy odszedł od kominka.
Głupio, powiedział sobie w duchu. Głupio i niebezpiecznie
próbować cokolwiek wyjaśnić Banichiemu: Tak, nadi, nie, nadi, jasne i proste
słowa, nadi.
Banichi i Jago udali się do pokoi dla służby, gdzie mieli
oddzielne kwatery. Bren poszedł do własnej sypialni i rozebrał się, jednym okiem
obserwując wiszące na ścianie martwe zwierzę, na którego pysku zastygła złość
jego ostatniej, beznadziejnej walki.
Oddało mu spojrzenie, kiedy się położył. Wziął do ręki książkę
i zaczął czytać - był za bardzo rozgniewany, żeby zasnąć o dawnych atewskich
bitwach, o zdradach i morderstwach.
O statkach - widmach na jeziorze i zjawie straszącej w sali
audiencyjnej na tym piętrze, o zwierzu, który czasami chodził, węsząc po
korytarzach, szukając czegoś czy kogoś.
Był nowoczesnym człowiekiem. To były atewskie przesądy.
Spojrzał jednak tylko raz, po czym już unikał szklanych, wściekłych oczu zwierza
na ścianie.
Uderzył piorun. Zgasły wszystkie światła, palił się tylko ogień
na kominku w sąsiednim pokoju, rzucając niepewny blask, który nie sięgał
wszystkich kątów sypialni i w ogóle nie docierał do korytarza dla służby.
Bren powiedział sobie, że piorun musiał uderzyć w
transformator.
Wszędzie jednak panowała niesamowita cisza, przerywana jedynie
dziwnym, odległym dudnieniem, brzmiącym niczym dochodzące zza ścian bicie serca.
Wtedy w korytarzu dla służby, za łazienką, odezwały się kroki.
Zbliżały się do jego sypialni.
Bren zsunął się z łóżka na kolana.
- Nand' paidhi - zawołała Jago. - To ja, Jago.
Wyciągnął rękę spod materaca i wśliznął się na łóżko. Siedząc,
patrzył, jak cała brygada personelu przeszła niczym cienie przez jego pokój. Nie
widział twarzy. Zobaczył błysk metalu na tym, co uznał za mundur Banichiego.
Jedna osoba została w sypialni.
- Kto to? - zapytał z niepokojem.
- Jago, nadi. Zostaję z tobą. Idź spać.
- Żartujesz!
- To najprawdopodobniej tylko uderzenie pioruna, nand' paidhi.
To, co słyszysz, to dodatkowy generator. Zapewnia działanie lodówek w kuchni,
przynajmniej do rana.
Wstał, zaczął szukać szlafroka i uderzył kolanem w krzesło,
robiąc przy okazji hałas.
- Czego chcesz, nadi?
- Szlafrok.
- Czy to to? - Jago znalazła natychmiast szlafrok w nogach
łóżka i podała mu. Przypomniał sobie, że atevi widzą w nocy o wiele lepiej niż
ludzie, i wcale tak bardzo nie podniosło go to na duchu. Włożył szlafrok,
zawiązał pasek i przeszedł do salonu, jako pomieszczenia mniej prowokacyjnego,
gdzie trochę światła dawał kominek, a przez okna widać było z rzadka białe
błyski piorunów.
Poszedł za nim cichy, skrzący się od metalu cień. W atewskich
oczach odbijało się blade złoto. Dla atevich było niesamowite, że ludzkie oczy
nie odbijają światła, że ludzie mogą przemykać się w ciemności nie zauważeni.
Istniejące między nimi różnice stanowiły treść ich koszmarów.
Powiedział sobie jednak, że nie ma bezpieczniejszego
towarzystwa na świecie i że cały ten zamęt spowodowało tylko uderzenie pioruna.
Pomyślał też, że kiedy wróci Banichi, będzie mokry, zmarznięty i w kiepskim
humorze.
Jago nie miała na sobie jednak szlafroka. Kiedy zgasły światła,
Jago była w mundurze i uzbrojona, podobnie jak Banichi.
- Czy ty nie sypiasz? - zapytał, stając przed ogniem.
Bliźniacze odbicia w jej oczach przygasły - mrugnęła - a potem
zniknęły, kiedy podeszła na tyle blisko, żeby oprzeć łokieć na kamiennym gzymsie
kominka. Jej cień górował nad nim. Ogień lśnił na jej czarnej skórze.
- Nie spaliśmy - rzekła.
Wszędzie wokół niego coś się działo bez żadnych wyjaśnień. Mimo
szlafroka poczuł chłód i pomyślał, że bardzo potrzebuje snu przed rannym
spotkaniem z wdową.
- Czy są tu wokół jakieś zabezpieczenia? - zapytał.
- Oczywiście, nadi-ji. To wciąż jest forteca, jeśli zachodzi
taka potrzeba
- Z turystami i w ogóle.
- Turyści. Tak. Jutro przyjeżdża jedna grupa, nadi. Bądź
rozważny, proszę. Nie powinni cię zobaczyć.
Zziębnięty, stojąc tak przy ogniu w samym szlafroku, poczuł się
bardzo kruchy.
- Czy zwiedzający, kiedykolwiek... odłączają się od grupy,
wymykają się spod obserwacji straży?
- Jest za to wyznaczona duża grzywna - odpowiedziała Jago.
- Za
zabicie paidhiego pewnie też - mruknął. Szlafrok nie miał kieszeni. Żadnego
atewskiego krawca nie można było przekonać do kieszeni. Wsunął ręce do rękawów.
- Przynajmniej miesięczna pensja.
Jago uznała, że jest to zabawne. Usłyszał jej śmiech - rzadki
dźwięk. To było jej pocieszenie.
- Mam być na śniadaniu z babką Tabiniego - powiedział. -
Banichi jest na mnie wściekły.
- Dlaczego przyjąłeś zaproszenie?
- Nie wiedziałem, że mogę odmówić. Nie wiedziałem, jakie to
sprowadzi kłopoty...
Jago prychnęła szyderczo.
- Banichi powiedział, że to dlatego, że uważasz go za deser.
Przez chwilę nie mógł się śmiać. Cała sprawa była zbyt mroczna, graniczyła z
bólem; potem jednak dostrzegł jej śmieszność, ponure zdumienie Banichiego, swoje
ludzkie pragnienie znalezienia celu dla sierocych uczuć. Nagłą, bezprecedensową
chęć Jago do rozmowy.
- Rozumiem, że zaszła pomyłka w tłumaczeniu - rzekła.
-
Wyraziłem swój najwyższy szacunek dla niego - powiedział Bren. Było to zimne,
sztywne i właściwe sformułowanie. Znów miała nastąpić cała ta daremna dyskusja i
nieprzekraczalne bariery. - Szacunek. Życzliwość. To jedno i to samo.
- Jak to? - zadała uczciwe pytanie Jago. Atewskie słowa nie
miały tego znaczenia, które usiłował im nadać. To było niemożliwe, nigdy tak się
nie stanie. Cała biologiczna konstrukcja atevich była inna, tak mówili eksperci.
Dynamika stosunków między atewskich była inna - i żaden paidhi jej nie rozgryzł,
być może dlatego, że paidhiin niezmiennie usiłowali znaleźć słowa pasujące do
ludzkich kategorii, a potem, kiedy świat atevich ich przytłaczał, w samoobronie
oszukiwali się co do ich znaczenia.
Boże, dlaczego ona postanowiła rozmawiać akurat tej nocy? Czy
to polityka? Przesłuchanie?
Nadi - rzekł ze zmęczeniem w głosie - gdybym potrafił to
powiedzieć, to rozumielibyście nas o wiele lepiej.
- Banichi zna mospheiran. Powinieneś mu to powiedzieć w
mospheiranie.
- Banichi nie czuje mospheiranu. - Było późno. Zachowywał się
nadzwyczaj głupio. Zrobił rozpaczliwy, na wielką skalę zakrojony wysiłek
nazwania abstrakcji. - Usiłowałem dać mu do zrozumienia, że uczyniłbym dla niego
życzliwe rzeczy, ponieważ wydaje mi się on życzliwą osobą.
Stwierdzeniem tym przynajmniej przeniósł sprawę w królestwo
abstrakcji, w sferę postrzegania losu jako czynnika rządzącego wszechświatem,
który w myśleniu atevich Ragi mógł uchodzić za boga.
- Midei - oświadczyła Jago ze zdumieniem. Bren nigdy przedtem
nie słyszał tego słowa, a to rzadko się zdarzało. - Dahemidei. Jesteś midedeni.
To już trzy słowa z rzędu. Był zbyt zmęczony, żeby robić
notatki, a tek cholerny komputer nie działał.
- Co to znaczy?
- Midedeni wierzą, że szczęście i życzliwość mają źródło w
osobach. To oczywiście była herezja.
Oczywiście.
- A więc było to dawno temu.
- Och, połowa Adjaiwaio wciąż wierzy w coś podobnego, w każdym
razie na wsi - że powinno się wchodzić w relacje patronackie ze wszystkimi
napotkanymi osobami.
Cały odległy Patronat, w którym atevi lubią innych atevich?
Chciałby tam pojechać, ale jednocześnie bał się, że istnieją inne, zasadnicze
różnice, może nawet zagrażające Traktatowi.
- Naprawdę w to wierzysz? - Jago drążyła sprawę. I rzeczywiście
było to niebezpieczne: myśli Brena biegnące tym torem natychmiast rozpraszały
się i przepełniała je tęsknota, trudno mu było znaleźć logiczne argumenty
przeciwko bardzo pociągającej koncepcji, że atevi potrafią zrozumieć uczucie
przywiązania. - Czy władcy techniki naprawdę tak sądzą?
Jago najwyraźniej uważała, że inteligentne osoby raczej tak nie
myślą.
Sprawiło to, że Bren, zgodnie z wewnętrznym zwyczajem
paidhiego, zadał sobie pytanie, czy ludzie w jakiś sposób nie są ślepi na
prymitywny charakter takich związków.
Następnie poczucie przemieszczenia szarpnęło nim w przeciwnym
kierunku, z powrotem w przekonanie, że ludzie mają rację.
- Coś w tym stylu - powiedział. Eksperci mówili, że atevi nie
potrafią wyjść poza myślenie hierarchiczne. A Jago mówiła, że mogą? Serce waliło
mu jak młotem. Rozsądek podpowiadał, żeby się wstrzymał, nie wierzył, że gdzieś
tu jest sprzeczność. - A więc możecie czuć przywiązanie do kogoś, z kim nie
jesteście związani poprzez man'chi.
- Nadi Bren, czy składasz mi propozycję seksualną?
Poczuł
pustkę w żołądku.
- Co... Ależ nie, Jago-ji.
- Zastanawiałam się nad tym.
- Wybacz mi to niestosowne zachowanie.
- Wybacz mi moje błędne przypuszczenie. O co pytałeś?
- O... - Odzyskanie obiektywnego sądu było niemożliwe. A może
nigdy go nie miał. - Chciałbym tylko poczytać o midedenich, jeśli mogłabyś
znaleźć mi odpowiednią książkę.
- Oczywiście. Tu chyba jednak takiej nie będzie. W bibliotece
Malguri są pozycje głównie dotyczące miejscowej historii. Midedeni żyli
wyłącznie na wschodzie.
- Jeśli można, chciałbym taką książkę zatrzymać.
- Z pewnością. Jeśli nic się nie znajdzie, ja mam coś takiego,
ale w Shejidan.
Strasznie nabałaganił. Na osobie, która prawdopodobnie podlega
bezpośrednio Tabiniemu, zrobił wrażenie, że ludzie wyznają jakąś zatwardziałą
herezję, która zapewne w najmniejszym stopniu nie odpowiadałaby atevim.
- Przypuszczalnie to nie ma znaczenia - powiedział, usiłując
naprawić zło. - Całkowita zgodność jest po prostu - zbyt nieprawdopodobna. -
Jago miała bystry umysł. Bardzo bystry; Bren zaryzykował uwagę, jaką normalnie
wypowiedziałby jedynie w obecności Tabiniego. - Właśnie pozorne zgodności mogą
być najbardziej zwodnicze. Chcemy w nie wierzyć.
- My w Shejidan przynajmniej przestrzegamy zasad grzeczności.
Nie strzelamy do innych z powodu różnic filozoficznych. Ja takiego kontraktu na
pewno bym nie przyjęła.
Dobry Boże. Jago chyba zażartowała. Drugi raz tego wieczoru.
- Oczywiście, że nie.
- Mam nadzieję, że cię nie obraziłam, nadi.
- Ja też cię lubię.
W języku atevich brzmiało to bardzo śmiesznie. Wywołał rzadko
pojawiający się uśmiech Jago, pochylenie głowy, błysk tej niesamowitej
lustrzanej poświaty w jej oczach - zupełnie, całkowicie trzeźwych oczach.
- Nie zrozumiałam - rzekła. Znaczenie umyka mi, nadi.
Najlepsza
wola na świecie nie zasypie tej przepaści. Spojrzał na Jago z poczuciem takiego
osamotnienia, jakiego nie zaznał od czasu pierwszego tygodnia pobytu na
kontynencie, od pierwszej nie zamierzonej pomyłki w stosunkach z atevimi.
- Ale się starasz, Jago-ji. Banichi też się stara. To sprawia,
że jestem mniej... - Nie istniało słowo "samotny". - Mniej pojedynczy.
- Mamy wspólne man'chi - rzekła Jago, jakby rzeczywiście
zrozumiała coś z tego, co mówił. - Względem rodu Tabiniego. Nie wątp w nas,
paidhi -ji. My cię nie opuścimy.
Znów nie o to chodziło. Nie było niczego, co umożliwiłoby ten
logiczny przeskok. Patrzył na Jago, zadając sobie pytanie, jak ktoś tak
dogłębnie uczciwy i uprzejmy, biorąc pod uwagę jej licencję, może być tak
całkowicie pozbawiony tego, co uczyniłoby możliwym taki wyraz emocjonalnej
potrzeby. To po prostu nie pasowało do obrazu. I błędem było wiązać jakiekolwiek
nadzieje z Adjaiwaio czy z dawno już martwą filozofią.
Kluczem była tu filozofia: intelekt, nie emocje. Człowiek,
który ją przyjmował, odchodził pusty i pogrążony w bólu.
- Dziękuję ci, nadi-ji - powiedział Bren i odszedł od ognia.
Stanął przy oknie, przez które było widać tylko krople deszczu na ciemnym tle.
Coś stuknęło, a może trzasnęło. Odbiło się echem od murów raz,
dwa razy.
To nie była obluzowana okiennica. Bren pomyślał, że dźwięk
dobiegł spoza murów, z kierunku południowo - zachodniego, spoza podjazdu.
Dom wydawał się bardzo cichy, jeśli nie liczyć deszczu i
trzasku ognia na kominku.
- Odejdź od okna - powiedziała Jago, i Bren natychmiast się
cofnął. Przywarł ramieniem do twardego kamienia, a serce waliło mu jak młotem.
Spodziewał się, że Jago zostawi go i pobiegnie na pomoc Banichiemu. Wyobraźnia
ukazała mu czterech czy pięciu zabójców, pokonujących antyczne zabezpieczenia
zamku, znajdujących się już w obrębie jego murów.
Jago jednak stała, jak się wydawało, tylko nasłuchując. Nie
było drugiego wystrzału. Zabrzęczał jej kieszonkowy komunikator - nie widział go
u niej, ale oczywiście go miała; uniosła go i przełączyła na odbiór. Odezwał się
Banichi, mówiąc szyfrem.
- Tano strzelił do cieni - przetłumaczyła, rzucając okiem na
Brena. Jej czarna sylwetka rysowała się na tle ognia. - Wszystko w porządku. On
nie ma licencji.
Chciała przez to powiedzieć, że jest zrozumiałą rzeczą, iż
popełnił błąd w ocenie sytuacji. Zatem przynajmniej Tano, a prawdopodobnie i
Algim, są w domowej straży Tabiniego - wolno im nosić broń palną dla obrony, ale
nie wolno się nią posługiwać w miejscach publicznych.
- A więc to była błyskawica? - zapytał Bren. - Czy strzelają do
błyskawicy?
- Nerwowe palce - odparła swobodnie Jago i wyłączyła
komunikator. - Nie ma żadnego powodu do zmartwienia, nadi -ji.
- Kiedy będziemy
mieli prąd?
- Gdy tylko monterzy przybędą tu z Maidingi. Można
przypuszczać, że nie będziemy mieli światła do rana. To się zdarza, nadi. Armaty
na murach bardzo często przyciągają pioruny. Podobnie jak, niestety,
transformator. Nie ma w tym nic niezwykłego:
Z powodu braku prądu śniadanie może zostać odwołane. Może
otrzyma chwilę wytchnienia od swego szaleństwa.
- Proponuję, żebyś się położył - rzekła Jago. - Posiedzę tu i
poczytam, dopóki nie wróci reszta. Rano masz spotkanie.
- Rozmawialiśmy o man'chi - powiedział. Był zdenerwowany - z
powodu burzy, strzału czy własnych niedociągnięć. Posunął się do zbyt wielkiej
poufałości w rozmowie z Jago, aż do punktu, w którym uznała, że chce się z nią
kochać - Boże, miej go w opiece. Zatykał wszystkie dostępne kanały komunikacji,
znajdował się w emocjonalnym dołku, czuł się bardzo skrępowany wrażeniem, jakie
na niej zrobił, wrażeniem, które niewątpliwie przekaże Banichiemu. Potem razem z
nim powiedzą Tabiniemu, że paidhi zachowuje się bardzo dziwnie. Zalecał się do
Jago, zaprosił Djinanę na księżyc i myśli; że Banichi jest deserem.
- Naprawdę? - Jago podeszła do niego i chwyciła go za ramię. -
Wróćmy do twojej sypialni, nand' paidhi, zmarzniesz... - Pociągnęła go tak mocno
na drugą stronę okna, że - zupełnie na to nie przygotowany - poczuł ból.
Poszedł więc z nią, mówiąc sobie w duchu, że jeżeli byłaby
naprawdę zaniepokojona, to kazałaby mu się pod tym oknem przeczołgać - ona
jedynie chciała go od niego odciągnąć, bo świecił w nim wyraźny blask ognia, z
którym kontrastowały ich sylwetki. Między tym oknem i jeziorem były przecież
mury zewnętrzne.
Ale czy rzeczywiście bała się pioruna uderzającego w armatę?
-
Połóż się do łóżka - powiedziała Jago, odstawiwszy go pod drzwi sypialni. -
Bren-ji, nie martw się. Uszkodzenia są badane. Będziemy musieli przekazać tę
informację elektrowni. Kiedy już zdarzy się nam awaria prądu, podejmujemy
oczywiście specjalne środki ostrożności. To zwykła procedura. Być może
usłyszysz, że wychodzę. Być może nie usłyszysz. Nie martw się o swoje
bezpieczeństwo.
A więc istniała możliwość połączenia się z lotniskiem przez
radio ochrony. Można się było domyślić. Po raz pierwszy jednak ktoś się do tego
przyznał. A perspektywa nieustannych wędrówek ochrony przez jego sypialnię nie
wróżyła, że będzie mógł się wyspać.
Usiadł jednak na łóżku, a Jago wróciła do pokoju, zostawiając
go prawie w całkowitej ciemności. Zdjął szlafrok, wślizgnął się pod skóry i
leżał, nasłuchując. Obserwował, jak nikłe światło padające z kominka w sąsiednim
pokoju rzuca na ściany ruchome cienie i lśni w szklanych oczach zwierza
naprzeciw łóżka.
Mówią, że tu jest absolutnie bezpiecznie, posłał mu myśl. Nie
martw się.
Mówienie do zwierza miało swego rodzaju sens, skoro byli w tak
zażyłych stosunkach. Było to stworzenie z tej planety. Zginęło, walcząc wściekle
z atevimi, którym zabicie go sprawiło przyjemność. Nikomu nie musiało być nikogo
żal. Nie było ostatnim przedstawicielem gatunku. Prawdopodobnie w zaroślach
czaiły się setki tysięcy jego pobratymców równie wściekłych i bezlitosnych, jak
ono.
Przystosowane do tej ziemi. Nie wiązało się ze swoim potomstwem
czy towarzyszami. Nie potrzebowało ich. Natura wyposażyła je w hierarchiczne
poczucie dominacji, wolę przeżycia, odporność na złamanie serca.
Żyło, dopóki nie zabiło go coś groźniejszego, co zatknęło jego
głowę na ścianie, by dotrzymywała towarzystwa głupiemu człowiekowi, który sam
się w to wplątał - który uganiał się za wiedzą, a potem za zaszczytem bycia
najlepszym.
Musiało mu to wystarczyć jako towarzystwo do łóżka w takie
noce. Z całą pewnością nie było bowiem nic innego, i jeśli pozwoli sobie na...
Nie mógł jednak tego zrobić. Mając dwadzieścia sześć atewskich
lat, paidhi nie mógł zacząć przypisywać ludzkich cech osobom, z którymi miał do
czynienia. To byłaby najgorsza pułapka. Wszyscy jego poprzednicy z tym walczyli.
Wiedział o tym - teoretycznie.
Szło mu bardzo dobrze, kiedy znajdował się w odległości godziny
lotu od Mospheiry. Kiedy jego poczta przychodziła na czas, dwa razy w tygodniu.
Kiedy...
Kiedy ponad wszelką wątpliwość wiedział, że jeszcze kiedyś
zobaczy ludzką twarz, i kiedy wszystkie sprawy toczyły się nadzwyczaj dobrze.
Kiedy on i Tabini byli takimi dobrymi przyjaciółmi:
Wpisać to słowo: przyjaciel.
Tutaj paidhi znalazł się w poważnych kłopotach. Paidhi był tu
kompletnie ślepy.
Paidhi nie wiedział, dlaczego się tu znalazł, paidhi nie
wiedział, w jaki sposób wróci, paidhi nie doznawał w kontaktach z Banichim i
Jago emocjonalnego spełnienia, jakie dawał mu Tabini, śmiejąc się i żartując z
nim, aż do ostatniego ich spotkania.
Kiedy rozwalali kulami melony w drobny mak, Tabini klepał go po
plecach - delikatnie, bo ludzkie plecy tak łatwo się łamią - i mówił, że ma
prawdziwy talent strźelecki. Ważniejsze jednak było, jak dobry jest Tabini? Jak
dobry jest w odczytywaniu ludzkiego serca?
Może jego poprzednik zdradził Tabiniemu, że paidhiin pragną
osobistych związków?
Że im dłużej się ich zna, tym większymi głupcami się stają, tym
bardziej są ufni i tym łatwiej wyciągnąć z nich różne rzeczy?
W gardle miał bolesną kulę, bolesny ludzki węzeł emocji,
przeszkadzający mu w racjonalnej ocenie sytuacji. Czasami zadawał sobie pytanie,
na jak długo wystarczy mu umiejętności, czy potrafi się dostosować? Nie
wszystkim paidhiin udawało się wytrwać na stanowisku do końca życia. Źródło
porad wyschło - Wilson zupełnie mu nie pomógł, tylko zrobił się jakiś dziwny i
tak drażliwy, że rada mówiła o zastąpieniu go kimś innym, wbrew wyraźnemu
sprzeciwowi ojca Tabiniego. Wilson miał trzeci atak serca w pierwszym miesiącu
po powrocie na Mospheirę, zachowywał się beznamiętnie podczas każdego cholernego
spotkania, jakie razem odbyli. Nigdy nie powiedział Brenowi niczego, co mogłoby
mu się przydać.
Rada twierdziła, że się wypalił. Bren uwierzył im na słowo i w
myślach starał się nie nazywać Wilsona sukinsynem. Kiedy zastępował Wilsona pod
jego nieobecność - po kilka dni z rzędu podczas ostatnich dwóch lat
administracji Valasiego poznał Tabiniego. Uznał, że jego poprzednik, Valasi,
dorównuje ponurym nastrojem Wilsonowi, ale Tabiniego polubił znów to
niebezpieczne słowo - w gruncie rzeczy, nigdy nie wierzył w wypalenie się
Wilsona. Człowiek nie robił się taki dziwny, taki nieprzyjemny, bez udziału
własnej osobowości. Nie lubił Wilsona, i kiedy zapytał go o wrażenie, jakie
zrobił na nim Tabini, Wilson odpowiedział zgryźliwie: "Takie samo, jak cała
reszta".
Nie lubił Wilsona. Lubił Tabiniego. Uważał, że rada popełniła
błąd, pozwalając objąć stanowisko paidhiego Wilsonowi, człowiekowi tak
uprzedzonemu.
Tej nocy się przestraszył. Zobaczył w wyobraźni lata, które
mógłby spędzić na tym urzędzie, i lata, które mógł zmarnować na głupotę zwaną
przyjaźnią z Tabinim, i zobaczył się na miejscu Wilsona, bez żony, bez dziecka,
bez przyjaciółki, po tym, jak pewnego dnia Barb uzna, że jakiś inny mężczyzna na
Mospheirze jest lepszą inwestycją. Życie jest za krótkie, żeby być na każde
zawołanie faceta, który wkracza w jej życie bez żadnych wyjaśnień, nic nie
mówiąc o swojej pracy - z twarzą, która zaczynała martwieć, jakby nerwy
zawiadujące jej mimiką zostały przecięte.
Mógłby zrezygnować. Mógłby wrócić do domu. Mógłby się
oświadczyć Barb.
Nie miał jednak gwarancji, że Barb chce za niego wyjść. Żadnych
pytań, żadnego zaangażowania, żadnego dzielenia się kłopotami - bajkowy weekend
w wykwintnych restauracjach i luksusowych hotelach... Nie wiedział, co Barb
naprawdę myśli, nie wiedział, czego naprawdę chce, znał ją tylko z tych krótkich
spotkań. To nie była miłość. To nie była nawet bliska przyjaźń. Kiedy próbował
myśleć o ludziach, których przed pójściem na uniwersytet nazywał przyjaciółmi,
nie wiedział, gdzie teraz są, czy wyjechali z miasta, czy zostali.
Od tygodnia nie potrafił przekazać sytuacji Deanie Hanks.
Ciekawe, gdzie znajdzie w sobie siłę, żeby przekazać jej całą robotę i po prostu
odejść - nieodwołalnie odwrócić się plecami od tego, do wykonywania czego
przygotowywał się przez całe życie?
Jak Wilson, człowiek siedemdziesięcioletni, który właśnie
widział zabójstwo Valasiego, który właśnie przyjechał do domu, ponieważ jego
kariera skończyła się wraz z Valasim - z dorobkiem czterdziestu trzech lat pracy
w postaci napisanych przez siebie słownikowych haseł; garści artykułów naukowych
i rekordową liczbą wystąpień przeciwko projektowi drogi Transmontane. Żadnej
żony, żadnej rodziny. Czekała na niego posada nauczyciela akademickiego, a on
nie potrafił porozumieć się ze swoimi studentami.
Wilson nie potrafił porozumieć się ze studentami - ludźmi.
Kiedy z tego wyjdzie, napisze rozprawę, bez względu na to, jak bardzo będzie
niepochlebna, rozprawę o Wilsonie i punkcie styczności obu kultur, i rozmowie,
jaką odbył z Jago, i o tym, dlaczego Wilson, z taką twarzą, z takim zachowaniem,
z takim podejściem, nie potrafi porozumieć się ze swymi studentami.
Tuż za ścianą uderzył piorun. Bren podskoczył. Serce biło mu
dwa razy szybciej niż zazwyczaj, a w uszach dzwoniło.
- Armata, powiedziała Jago.
Zwykłe wydarzenie.
Leżał, trzęsąc się, czy to z powodu hałasu, czy szaleństwa
nocy. A może już nie rozumiał, dlaczego tu jest albo dlaczego taki strażnik z Bu
- javid jak Tano wyciąga broń i strzela, kiedy inni oglądają transformatory.
Oglądają transformatory trafione przez pioruny, podczas gdy
niebo nad głowami rozdzierają błyskawice i leje się na nich deszcz.
Akurat, Jago - pomyślał. Akurat... Strzelanie do cieni. Jakich
cieni spodziewa się Tano w deszczu, Jago?
Cieni, które latają rejsowymi samolotami, a najlepsza ochrona
na tej planecie, poza naszą, nie wie, kto to jest i gdzie się podziewa?
Akurat, Jago.
następny |