Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 3 . Rozdział 5 .    

    Światło raziło. Poruszanie się sprawiało ból. Nie było żadnej części jego ciała, która przy najmniejszym poruszeniu nie odzywała się bólem, szczególnie głowa, a zapach jedzenia wcale go nie nęcił. Jednak ktoś potrząsnął go za ramię drugi raz i pochylił się nad nim Tano. Był pewien, że to Tano, chociaż nie bardzo mógł skupić wzrok i raziło go światło.

    - Powinieneś coś zjeść, nand' paidhi.

    - Boże.

    - Proszę. - Tano zaczął bezlitośnie poprawiać poduszki przy jego głowie i ramionach, co sprowadziło ból głowy i niepewność co do zachowania żołądka.

    Spoczywał na posłaniu, uznając to za wystarczające współdziałanie ze swoimi dręczycielami. W drzwiach do łazienki zobaczył Alginiego. Rozmawiał z Jago, ale bardzo cicho. Ich głosy rozbrzmiewały zniekształconym echem. Wrócił Tano z miską zupy i kilkoma wafelkami.

    - Jedz - powiedział, ale Bren nie chciał. Chciał kazać Tano odejść, ale jego służący nie odchodzili, zatrudnił ich Tabini, i Bren musiał robić, co mu kazali.

    Poza tym, kiedy miało się nudności i nie chciało się wymiotować, jadło się białe wafelki. Przypomniał sobie Mospheirę, swoją własną sypialnię i matkę, ale głowę podtrzymywał mu Tano, nalegając, żeby zjadł choć połowę, i Bren skubał po kawałeczku, a pokój i wszystko inne przechylało się i usiłowało się ześliznąć na rozbrzmiewającą echem krawędź świata.

    Potem dał odpocząć oczom i zbudził się od zapachu zupy. Nie chciał jeść, ale kiedy Tano przytknął mu kubek do warg, przełknął jeden łyk i poparzył sobie usta. Smakowało herbatą. Chciał przestać pić, ile Tano usiłował go karmić, upierając się, że musi jeść, że to jedyna metoda wypłukania herbaty z organizmu. Wytknął więc rękę na zimne powietrze, zlokalizował uszko kubka, pozwolił Tano podeprzeć sobie głowę poduszkami i pił, nie wypuszczając kubka z ręki; dopóki jego żołądek nie oświadczył, że nie zniesie ani kropli więcej.

    Wyczerpany, ujął wtedy kubek obiema dłońmi, nie potrafiąc się zdecydować, czy chce włożyć rękę z powrotem pod kołdrę, żeby się rozgrzać, czy może lepsza jest ciepła porcelana. Zostanę tak jak teraz, pomyślał. Nie chciał się poruszać, chciał tylko oddychać.

    Wtedy do pokoju wszedł Banichi, odprawił Tano i stanął nad łóżkiem Brena z rękami skrzyżowanymi na piersiach.

    - Jak się czujesz, nand' paidhi?

    - Bardzo głupio - mruknął. Jeśli to nie halucynacje, to pamiętał aiji - wdowę i dzbanek herbaty roztrzaskany na kominku. I mężczyznę, lustrzane odbicie Banichiego.

    Stał właśnie w drzwiach.

    Serce skoczyło Brenowi do gardła.

    Kiedy Cenedi zobaczył, że Bren patrzy na niego, wszedł do pokoju i zatrzymał się po drugiej stronie łóżka.

    - Chciałbym przeprosić - odezwał się Cenedi. - Z zawodowego punktu widzenia, nand' paidhi. Powinienem wiedzieć o herbacie.

    - To ja powinienem o tym wiedzieć. Będę miał nauczkę na przyszłość. - W ustach wciąż czuł smak herbaty. Kiedy mrugał, bolała go głowa. Nie podobało mu się, że Banichi wpuścił tego obcego do pokoju, i zadał sobie pytanie, czy udając, że ufa Cenediemu, Banichi nie realizuje jakiegoś planu, którego on nie rozumie. Jedynym sensownym wyjściem było odpowiadać w umiarkowanym tonie, być uprzejmym i nikogo niepotrzebnie nie obrażać.

    - Herbata aiji - wdowy jest przyrządzana według bardzo starego miejscowego przepisu - rzekł Banichi. - Jednym ze składników jest silny środek pobudzający, który wdowa uważa za zdrowy lub co najmniej orzeźwiający. Przy niewielkiej wadze ciała ludzi i negatywnej reakcji na alkaloidy...

    - Boże.

    - Tą mieszanką jest herbata zwana dajdi, której radzę ci na przyszłość unikać.

    - Kucharz prosi o zapewnienie, że miał jak najlepszą wolę - odezwał się Cenedi z drugiej strony łóżka. - Nie miał pojęcia, że herbatę będzie pił człowiek.

    - Uspokój go, proszę. - W głowie mu wirowało. Opadł na poduszkę i prawie wylał pozostałe pół kubka zupy. - Niczyjej złej woli. Moja cholerna wina.

    - To ludzkie obyczaje - powiedział Banichi. - On pragnie podkreślić swoje przekonanie, że to był przypadek, nadi.

   Zapadło milczenie. Bren wiedział, że nie powiedział tego, co miał nadzieję powiedzieć, i że nie powinien przeklinać, ale za bardzo bolała go głowa.

    - Nie chciałem urazić - mruknął, co stanowiło powszechny sposób wyplątywania się z niezręcznych sytuacji. - Sama dobra wola. - Znów zaczynała go boleć głowa. Banichi wziął od niego zupę i postawił ją na stoliku z trzaskiem, który zabrzmiał jak grzmot.

    - Aiji - wdowa chce, żeby paidhiego zbadał jej lekarz - rzekł Cenedi - jeśli będziesz w tej sprawie świadkiem obu stron, Banichi -ji.

    - Podziękuj aiji - wdowie - odparł Banichi. - Dobrze.

    - Nie potrzebuję żadnego lekarza - zaprotestował Bren. Nie życzył sobie, żeby dopuszczono do niego lekarza wdowy. Chciał tylko odrobiny czasu na odpoczynek, by poleżeć w pościeli i uspokoić żołądek po zupie.

    Nikt jednak nie zwracał uwagi na jego życzenia. Cenedi wyszedł z Jago, wrócił ze starszym atevą, trzymającym wyładowaną torbę, który odrzucił z Brena ciepłe futra, wystawił jego skórę na chłód, posłuchał serca, zajrzał mu w oczy, zmierzył puls i omówił z Banichim kwestię tego, co dostał, ile wypił filiżanek herbaty...

    - Jedną - upierał się Bren, ale nikt nie słuchał ofiary,

    W końcu lekarz podszedł do niego i zmierzył go wzrokiem, niczym okaz z jakiejś kolekcji, zapytał, czy ma posmak w ustach lub czuje zapach podobny do herbaty, odpowiadający posmakowi.

    - Mleko - rzekł lekarz. - Szklanka co trzy godziny. Ciepłe albo zimne.

    - Zimne - powiedział Bren, wzdrygając się.

    Kiedy je przynieśli, było podgrzane, smakowało herbatą i Bren się na to poskarżył; Banichi spróbował go, przysiągł, że to tylko smak w jego ustach i powiedział, że kiedy minie, to,. będzie znak, że pozbył się tej substancji z organizmu.

    Tymczasem Algini, ten bez poczucia humoru, przynosił mu sok owocowy i upierał się, żeby Bren go pił, aż musiał ciągle chodzić do wygódki, jak ją delikatnie nazywał Maigi.

    Tymczasem Banichi znów zniknął, Algini nie miał pojęcia o poczcie, nie mógł wydać zezwolenia na kontakt elektryczny...

    - To zabytek, nand' paidhi. Jak rozumiem, projekt jakiejkolwiek przeróbki tych murów musi być przedstawiony Komisji Konserwacji. Nie możemy nawet zdjąć obrazu i zawiesić na tych samych uchwytach grafika dyżurów.

    Nie brzmiało to zachęcająco.

    - Jakie są szanse, żebym niedługo wrócił do stolicy? - zapytał Bren.

    - Oczywiście mogę przedstawić twoją prośbę, nand' paidhi. Muszę powiedzieć, że chyba małe. Jestem pewien, że względy, które spowodowały twój wyjazd, wciąż są aktualne.

    - Jakie względy?

    - Ochrona twojego życia, nand' paidhi.

    - Tu chyba nie wydaje się bezpiecznie, co?

    - Ostrzegliśmy kuchnię, żeby pytali, czy będziesz jadł dany posiłek. Kucharz jest nadzwyczaj zatroskany. Zapewnia cię o swej ostrożności na przyszłość.

    Nachmurzył się jak dziecko, ale czując niepokój Alginiego, usiłował zmienić wyraz twarzy - czuł się jednak jak dziecko, ograniczane, nie mogące podejmować własnych decyzji i pomijane w rozmowach wielkich osób, kierujących się motywami zbyt mrocznymi i skrytymi, żeby się nimi z nim dzielić. Budziło to u niego chęć takich dziecinnych zachowań, jak wysłanie Alginiego z jakimś skomplikowanym poleceniem, żeby samemu przekraść się na dół, wymknąć z fortecy i dostać do miasta.

    Siedział jednak spokojnie w łóżku jak rozsądny dorosły, starał się nie być zgryźliwy dla personelu i pił to cholerne mleko. - Ma być zimne! - zażądał od Alginiego, uznając, że z resztą jakoś sobie poradzi.

    Po czym kuchnia, najwyraźniej nigdy nie słyszawszy o czymś takim, przysłała mleko z lodem.






    Mleko przestało w końcu smakować herbatą, a sok owocowy przepłukał go tak, że miał go w żyłach zamiast krwi, jak powiedział to Djinanie, który stwierdził, że jest to wyjątkowo śmieszne.

    On tak nie sądził. Poprosił o książki dotyczące Maidingi i czytał o zamku Malguri, studiując tomy pełne kolorowych ilustracji przedstawiających jego apartament, oraz dat określających wiek poszczególnych sprzętów.

    Łoże miało na przykład siedemset lat. Jeśli nie było tu akurat gości, oprowadzano po tej części zamku wycieczki. Wyobrażał sobie przechodzących tędy turystów, dzieci patrzące z lękiem na łoże, i przewodnika mówiącego o paidhim, który zmarł w zamku Malguri i który podobno chodzi nocami po korytarzach i straszy w kuchni, szukając filiżanki herbaty...

    Była to jednak historia, do której ludzie nie mieli wstępu wiedział o tym: czytał wszystkie teksty swoich poprzedników. Chciał zrobić notatki, poprosić o Kronikę Maidingi Tagisiego z miasta Maidingi, z klanu Polgini, z rodu Carditi - Aigorana, dla biblioteki naukowej paidhiin na Mospheirze... a potem przypomniał sobie o gniazdku, którego nie można było zainstalować. A nikt, oczywiście, nie mógł wykręcić cholernie historycznej żarówki, żeby podłączyć "złodziejkę". Ta przeklęta historyczna instalacja mogłaby od tego spaść z historycznych krokwi.

    Pomyślał o baterii słonecznej. Zastanawiał się, czy w pobliskim miasteczku mógłby znaleźć coś takiego, co by pasowało do jego komputera, i czy mógłby to kupić, obciążając swój rachunek, za pośrednictwem miejscowego banku. Banichi na pewno mógłby to zrobić.

    A na razie... papier i pióro. Wstał, przeszukał biurka w gabinecie i znalazł papier. Pióra nie. Poszukał tego, którym podpisał się w księdze gości. Nie było go.

    Można było się wściec. Zadzwonił na służących, powiedział Djinanie, że natychmiast chce mieć pióro i dostał je z pokojów dla służby. Ślizgało się i sadziło kleksy, ale pisało: Bren owinął się ciepłym szlafrokiem, nałożył na zmarznięte nogi skarpetki, usiadł i napisał kilka ponurych słów do swego następcy.

    "...o ile - dodał na końcu - dotrze to kiedykolwiek przed ludzkie oczy. Pod materacem mam pistolet. Kogo mam zastrzelić? Alginiego, który nie może powiesić swojego grafika dyżurów? Cenediego, który zapewne nie miał pojęcia, że herbata jest dla ludzi zabójcza?

    Tabini - aiji przysłał mnie tu dla mego dobra. Na razie byłem bliższy śmierci z rąk kucharza w Malguri niż zabójców w Shejidan....

    Pewnych rzeczy nie napisał, bojąc się, że jego pokój może być przeszukiwany, choćby przez służbę i jego własną ochronę, co zapewne wychodziło na jedno - zadał sobie jednak raz pytanie o aiji - wdowę, i aż dwa razy o to, co Tabini miał na myśli, rzucając od niechcenia uwagę, że przebywa tam jego babka.

    Oczywiście, jest najzupełniej nieprawdopodobne, żeby Tabini przewidział zaproszenie go na tę fatalną herbatę: było to mimo wszystko zbyt nieoczekiwane i dziwne, nawet jak na aiji - wdowę - nawet jeśli człowiek robił się nadzwyczaj podejrzliwy wobec przypadków zdarzających się w obecności osób o dwakroć zranionej ambicji.

    Nasuwała się oczywiście myśl, że Ilisidi nie lubi ludzi.

    Ale co, jeśli - bo zatruty, majaczący umysł mógł wysnuwać bardzo dziwne wnioski - wysłanie go tu przez Tabiniego wcale nie miało na celu przeniesienia jego, ale przeniknięcie do Malguri Banichiego i Jago, przeprowadzenie ich przez ochronę Ilisidi?

    Zamach na Ilisidi?

    Od tych rozmyślań rozbolała go głowa.






    Przy kolacji wciąż nie miał apetytu. Nie czuł się na siłach zjeść oficjalnej kolacji, zamówił tylko miskę zupy i wafelki co smakowało lepiej niż wczoraj. Bren uznał, że na tym pozbawionym telewizji, towarzystwa i telefonu wygnaniu może zmierzyć się z drugą porcją zupy.

    Pory posiłków stały się wyznacznikami mijającego czasu, który dotąd, nie mając nawet zegara, odmierzał krokami po apartamencie, odwracanymi stronicami, powolnym ruchem chmur na niebie, czy łodzi na zmarszczonej przez wiatr tafli jeziora

    Zmusił się do wypicia zwykłej herbaty i zamarudził nad słodkim mlecznym budyniem, w którym była tylko jedna wątpliwa kluskowata substancja, bardzo gorzka w smaku - można było jednak przy pewnej dozie zręczności wyjąć jej kawałki z talerzyka.

    Jedzenie stało się rozrywką, hobby i mimo zapewnień kucharza, przygodą. Książka, która leżała otwarta obok talerza, była dość ciekawą opowieścią o błąkających się, pełnych urazy duchach osób zamordowanych w Malguri lub zmarłych w często zdarzających się tu wypadkach. Jezioro także było nawiedzane przez rozmaitych niespokojnych rybaków i pewnego nieszczęsnego pana na Malguri, który w pełnej zbroi rzucił się ze skał do wody, unikając w ten sposób "haniebnego małżeństwa", jak określiła to książka.

    Dziwny pomysł. Postanowił kogoś o to zapytać i poznać niewątpliwie obsceniczne szczegóły.

    Kiedy wyjął z budyniu ostatni gorzki kawałek kluchy i dokończył jedzenia, do pokoju wszedł Djinana, zapewne po nakrycia.

    - Poproszę jeszcze jedną filiżankę herbaty - powiedział Bren. Czuł się o wiele lepiej. Djinana wielce uroczystym gestem położył obok jego talerza maleńką srebrną tutkę na zwój:

    - Co to jest?

    - Nie wiem, nand' paidhi. Przekazał to nadi Cenedi.

    - Zechciałbyś ją otworzyć?

    - Ależ to jest osobista tutka wdowy... - zaprotestował Djinana.

    - Nadi. Zechciałbyś ją otworzyć?

    Djinana zmarszczył brwi i wziął tutkę do ręki, złamał pieczęć i rozwinął papier.

    Skoro Djinana udowodnił, że jest to tylko zwój, na który to coś wyglądało, Bren wziął go do ręki. Myślał jednak o poczcie w Bu - javid i uwadze Jago na temat igły w korespondencji.

    Było to coś niemal tak samo miłego. Zaproszenie. Od aiji - wdowy. Na wczesne śniadanie.

    Trudno było odrzucić zaproszenie osoby noszącej tytuł aijiego. Musiał mieszkać pod jednym dachem z tą kobietą. Mało brakowało, a byłaby go zabiła. Odmowa dałaby jej do zrozumienia, że nie uważa tego za wypadek. A to mogło oznaczać wrogie posunięcia.

    - Powiedz Banichiemu, że muszę z nim prozmawiać.

    - Spróbuję, nadi.

    - Jak to, spróbujesz? Gdzie on jest, nadi?

    - Mam wrażenie, że razem z nadi Jago gdzieś pojechali.

    - Gdzieś pojechali.

    Dość dobrze, acz bez zapału, zapoznał się z okolicą, a przynajmniej z miejscami o znaczeniu historycznym, do których można było dojechać z Malguri samochodem. Nie było takich miejsc poza lotniskiem i leżącym tuż obok niego miasteczkiem.

    - W takim razie muszę porozmawiać z Tano.

    - Też nie wiem, gdzie on jest, nand' paidhi. Sądziłem, że pojechał z twoją ochroną.

    - No to z Alginim.

    - Poszukam go, nand' paidhi.

    - Chyba mnie tu nie zostawili samego?

    - Nie sądzę, nand' paidhi. Zapewniam cię jednak, że Maighi i ja jesteśmy nieustająco do twoich usług.

    - Co zatem byś mi doradził? - Podał Djinanie zwój razem z tutką. Djinana przebiegł go wzrokiem i zmarszczył brwi.

    - To niezwykłe - rzekł. - Aiji - wdowa nie przyjmuje wielu osób.

    Świetnie, pomyślał Bren. A więc robi niezwykły gest. Stawka rośnie.

    - Co zatem mam odpowiedzieć, nadi? Czy nic mi nie grozi?

    Na twarzy Djinany pojawił się bardzo oficjalny wyraz spokoju.

    - W żadnym wypadku nie mogę paidhiemu niczego doradzać.

    - Czy zatem możemy znaleźć Alginiego? Rozumiem, że wymaga to dość rychłej odpowiedzi.

    - W pewnym sensie. Mam wrażenie, że nand' Cenedi postanowił czekać...

    - On wie, że Banichiego tu nie ma.

    - Nie jestem pewien, nadi. - Fasada pękła. Przez szczeliny zaczęła przezierać troska. - Może spróbuję znaleźć Alginiego.

    Djinana wyszedł. Bren nalał sobie jeszcze jedną filiżankę herbaty. Musiał odpowiedzieć na wezwanie - przyjąć je lub odrzuci . Przez głowę przeszła mu niegodna myśl, że aiji - wdowa rzeczywiście mogła zaczekać, aż Banichi i Jago będą zajęci czymś innym, chociaż Bren nie miał pojęcia, co mogło ściągnąć cały ten cholerny personel na lotnisko, skoro Tabini powiedział, że mają go pod opieką. Starannie zwinął niewielki zwój, włożył go do tutki i zamknął ją. Poczekał na powrót Djinany, który ukłonił się ze zmartwioną miną.

    - Nadi, nie wiem...

    - ...gdzie jest Algini - dokończył za niego.

    - Przykro mi, nand' paidhi. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Nie potrafię sobie wyobrazić. Pytałem w kuchni i nand' Cenediego...

    - On wciąż czeka?

    - Tak, nand' paidhi. Powiedziałem mu, że chcesz sprawdzić w etykiecie.

    Powiedzieć Cenediemu, że jest niedysponowany? To może go uratować - jeśli wdowa nie dostaje od personelu własnych sprawozdań.

    Tego nie mógł zagwarantować.

    - Nadi Djinana. Gdyby twoja matka miała broń i groziła mi - po czyjej stanąłbyś stronie?

    - Zapewniam cię, nadi, że moja matka nigdy...

    - Nie jesteś w ochronie. Ttwoje man'chi mnie nie obejmuje.

    - Nie, nadi: Pracuję dla Komisji Konserwacji. Jestem dozorcą posiadłości, rozumiesz?

    Jeśli na świecie był choć jeden ateva mówiący mu prawdę, to on nim był. Przekonał go o tym ten błysk kompletnego zaskoczenia w oczach Djinany, ten moment pełnego niepokoju wahania.

    Oczywiście, nie sformułował tego całkiem właściwie, a przynajmniej nie nieodwołalnie. Banichi powiedziałby: "Znajdujesz się w zakresie moich obowiązków, nand' paidhi". A to mogło oznaczać wszystko.

    Ale dozorca Malguri? Człowiek przynajmniej wiedział, jakie stanowisko zajmuje Djinana. Jest zdecydowanie przeciwko zawieszaniu grafików dyżurów, sprowadzaniu przedłużaczy i wbijaniu gwoździ w ściany Malguri. Bren teraz to już wiedział - ale w tej chwili nie wiedział o Banichim nawet tyle. Z pewnością Banichi nie był z nim całkowicie szczery - albo to, albo dopuścił się cholernego niedbalstwa, co wcale do Banichiego nie pasowało, o ile go znał.

    Chyba że stało się coś naprawdę poważnego. Coś takiego, jak zamach na samego Tabiniego.

    Od tego podejrzenia zrobiło mu się niedobrze.

    Wcale nie było mu to potrzebne, do cholery, skoro właśnie udało mu się z powrotem przyzwyczaić żołądek do jedzenia. Nie, Tabini nie znajdował się w niebezpieczeństwie. Tabini ma o wiele lepszą ochronę niż on; Tabini ma całą tę przeklętą stolicę, by go pilnowała, podczas gdy jego personel pojechał na l lotnisko, zostawiwszy go Cenediemu, który mógł tu wejść i zrobić z niego oraz Djinany mokrą plamę, gdyby przyszło mu do głowy zlekceważyć biichi -ji i zabrudzić historyczne dywany.

    - Odpowiedni papier i pióro.

    - Z twoją własną tutką na zwój, nadi?

    - Paidhi nie wie, gdzie jego personel ją położył. Takie rzeczy nie są mu wyjawiane. Zajrzyj do jakiejś odpowiedniej szuflady. Jeśli nie znajdziesz tutki, zwój może się obejść bez niej. A jeśli Banichi nie wróci do jutra rano, ty pójdziesz ze mną.

    - Ależ... - Djinana zaczął protestować, ale zaraz się skłonił. - Posiadam pewne drobne umiejętności w sprawach etykiety. Poszukam tutki. Albo Przyniosę jedną z tutejszych. Czy paidhi będzie potrzebował rad co do wyrażeń?

    - Djinana, powiedz mi. Czy ja jestem przerażający? Czy jestem aż tak obcy? Czy mogę się przyśnić dzieciom?

    - Nie... - Djinana wyglądał na podwójnie strapionego.

    - Czy ja cię niepokoję, nadi? Nie życzyłbym sobie tego. Sądzę, że jesteś uczciwym mężczyzną. A ja spotkałem ich tak niewielu.

    - Życzę paidhiemu wszystkiego najlepszego.

    - Rzeczywiście, znasz się na etykiecie. Czy myślisz, że uda ci się odprowadzić mnie tam i z powrotem nie otrutego?

    - Proszę cię, nand' paidhi. Nie mam kwalifikacji...

    - Ale jesteś uczciwy. Jesteś winien swojej matce więcej niż mnie. Podobnie jak ja swojej. A pod tym względem mógłbyś być człowiekiem, nadi, co według mnie nie jest aż tak straszne.

    Djinana spojrzał na niego z troską spod ściągniętych brwi.

    - Naprawdę nie rozumiem twojego sposobu wyrażania się, nadi.

    - Gdyby chodziło o Malguri i twoją matkę, nadi - gdyby groziła im zagłada - co byś wybrał?

    - Zagładę matki, nadi. Moje man'chi jest związane z tym miejscem.

    - Zginąłbyś za reputację Malguri, nadi -ji?

    - Nie jestem nadi -ji. Tylko nadi, nand' paidhi.

    - Zginąłbyś, nadi -ji?

    - Umarłbym za kamienie tego miejsca. Tak, nadi -ji. Nie potrafiłbym go opuścić.

    - My też - powiedział, poddając się dziwnemu, gniewnemu nastrojowi. - My, ludzie, rozumiemy, czym jest starodawny zabytek. Rozumiemy, co to konserwacja. Doceniamy wagę dawnych opowieści. Wszystko, co mamy i wiemy - jest w dawnych opowieściach. Chciałbym, żebyśmy mogli dać wam wszystko, co wiemy, nadi, i chciałbym, żebyście wy mogli dać nam to samo, i chciałbym, żebyśmy mogli razem polecieć na księżyc, zanim obaj będziemy na to za starzy!

    - Na księżyc! - zawołał Djinana z pełnym niepokoju i niepewności śmiechem. - Co byśmy tam robili?

    - Albo na starą stację. To twoje dziedzictwo, nadi -ji. Powinno nim być.

    Stwierdził, że paidhi jest bardzo zdenerwowany i mówi rzeczy, które zwykle zachowywał dla jednej osoby - dla Tabiniego - rzeczy, których nie śmiał przedstawiać na otwartych posiedzeniach rady, ponieważ wiele osób miało swój interes w podejrzliwym traktowaniu ludzi i wszystkiego, co robił i mówił paidhi, jako dezinformacji i chęci oszukania atevich.

    Wobec czego, powiedział prawdę służącemu - dozorcy.

    I był zły na Banichiego, który prawdopodobnie; i słusznie, był zły na paidhiego. Paidhi jednak widział, jak sprawy wymykają mu się spod kontroli, a atevi, którym ufaj, robią się obcy, odlegli - i w sytuacjach kryzysowych, które mogli przewidzieć, ukrywają przed nim informacje.

    Zadziwił Djinanę, to było pewne. Djinana po prostu zabrał talerzyk deserowy, i nie mogąc znaleźć jego tutki, przyniósł mu antyczną tutkę należącą do posiadłości; a także pióro, papier i lak.

    Napisał swoim najlepszym charakterem pisma: "Przyjmując niezwykle łaskawe zaproszenie aiji - wdowy na śniadanie o pierwszej godzinie, paidhi - aiji, Bren Cameron, z głębokim szacunkiem...".

    Taka była formuła - może trochę przesadna, ale nie bardzo. Ufał też, że nikt nie cenzuruje korespondencji wdowy. Poddał tekst ocenie Djinany, posiadającego niewątpliwie nienaganne wyczucie etykiety, po czym zapieczętował go pierścieniem pieczętnym i poprosił dozorcę o oddanie go Cenediemu, który prawdopodobnie miał już dość czekania.

    A potem, kiedy Djinana zajął się uprzejmościami, ułożył drugi list - do Tabiniego.

    "Jestem niespokojny, aiji - ma. Czuję, że w stolicy czeka na mnie mnóstwo obowiązków, ponieważ zostawiłem kilka spraw w toku. Mam nadzieję, że Twój personel udzieli mi koniecznych informacji, jako że barw bym nie chciał stracić kontaktu z bieżącymi wydarzeniami. Jak zapewne wiesz, Malguri nie jest skomputeryzowane, a telefonowanie zupełnie nie wchodzi w rachubę.

    Przyjmij, proszę, moje serdeczne życzenia pomyślnych dni i szczęśliwego zakończenia Niech baji - naji Ci sprzyjają. Paidhi - aiji Bren Cameron z głębokim szacunkiem oraz oddaniem dla Patronatu oraz Tabini - aijiego pozostającego na swym stanowisku, dnia...

    Musiał przerwać pisanie i policzyć datę na palcach, domyślając się, że zgubił jeden dzień. Albo dwa. Pomyliło mu się doszedł do wniosku, że zgubił tylko jeden dzień: Po czym napisał datę i zalakował list tylko ze wstążką, ale za to kładąc lak bezpośrednio na papier.

    Chciał go dać Banichiemu, kiedy będzie następnym razem wybierał się na lotnisko i, jak zakładał, na pocztę.

    Następnie, na wypadek, gdyby ten list nie dotarł do celu, zaczął pisać jego kopię.

    Do pokoju wrócił Djinana, oznajmiając, że doręczył zwój i pytając, czy paidhi będzie jeszcze potrzebował stoczka do roztapiania laku.

    - Mam do napisania kilka listów - odpowiedział Bren. - Zgaszę knot i potem trochę poczytam, dziękuję, nadi. Chyba nie będę niczego potrzebował. Czy kamerdyner wdowy wyszedł?

    - Drzwi są zamknięte na noc, nand' paidhi, tak.

    - Banichi ma klucz.

    - Owszem. Nadi Jago też. Najprawdopodobniej wejdą jednak drzwiami kuchennymi.

    Drzwi kuchenne. Oczywiście, że muszą tu być. Jedzenie docierało na jego stół nie od strony schodów, ale przez tylne korytarze, pokoje dla służby, jego sypialnię i salon.

    - A zatem wszystko w porządku. Dobranoc, nadi Djinana. Dziękuję. Byłeś niezwykle pomocny.

    - Dobranoc, nand' paidhi.

    Djinana wrócił do siebie. Bren skończył przepisywać notatkę i dodał:

    "Jeśli zostanie to znalezione, a nie dotarła przedtem do Ciebie, Tabini - aiji, podobnie sformułowana wiadomość, to podejrzewaj tego, kto powinien dostarczyć tę pierwszą notatkę. Po zatrutej przez wdowę filiżance, nikogo w Malguri nie jestem pewien, nawet mojego własnego personelu".

    Włożył kartkę do księgi gości, licząc na to, że znajdzie ją następny lokator, jeśli przedtem on sam jej stamtąd nie zabierze. Nie była to książka, którą czytałby Banichi.

    A, jak właśnie napisał, tej nocy nie był pewien niczego ani nikogo w Malguri.






    Na zewnątrz przetoczył się grzmot, a błyskawica oświetliła krople deszczu na ciemnej szybie, rozbłyskując na chwilę kolorem w witrażowych obwódkach okna.

    Bren czytał do późna, nie będąc w nastroju do spania ani do dzielenia łoża z własnymi ponurymi myślami. Kiedy oczy i jego tolerancja wobec atewskich postaw podniosły bunt, Bren zaczął oglądać ilustracje. Czytał o dawnych wojnach. O zdradach i otruciach.

    Banichi pojawił się wraz z grzmotem, wszedł do pokoju i stanął przy kominku. Na jego czarnym, wykończonym srebrem mundurze lśniła delikatna mgiełka, a on sam nie wydawał się zadowolony.

    - Nadi Bren, wolałbym, żebyś przed podjęciem decyzji konsultował się ze mną.

    Zapadła cisza. Popatrzył na Banichiego, bez słowa, z kamienną twarzą, i pomyślał, czyby nie powiedzieć: a ja wolałbym, nadi, żebyś konsultował się przed wyjściem.

    Ale Banichi, jeśli go to obchodziło, mógł się domyślić, co myśli Bren, podobnie jak jemu pozwolono się domyślać, co myśli Banichi albo gdzie jest Jago, albo dlaczego tak zwani służący, którzy przyjechali z nim ze stolicy, byli nieobecni lub nieosiągalni.

    I może złościł się niesłusznie, może obecność Banichiego na lotnisku, czy tam skąd właśnie wrócił, była całkowicie usprawiedliwiona i zbyt utajniona, żeby mu o tym powiedzieć, ale, do diabła, czuł złość, dziwną, piekącą złość, a Banichi sobie stał, powiększając jedynie urazę, z intensywności której Bren nie zdawał sobie dotąd sprawy, całkowicie nieprofesjonalną, głupią i ludzką urazę, która zaczynała się od Tabiniego i obejmowała jedynych dwoje atevich poza Tabinim, których, jak sądził, rozumie.

    Prawdopodobnie miały coś z tym wszystkim wspólnego regularne próby opróżnienia i tak pustego żołądka. Równowaga mineralna. Witaminy. Nowe dania, które mogą pozbawić człowieka środków odżywczych, zamiast mu ich dostarczyć albo chemicznie wiązać to, co jest dla niego niezbędne... Bren potrafił wymyślić dziesięć całkowicie wiarogodnych powodów celowo samobójczego zachowania, z których połowa była związana z dietą, a druga połowa z tym, że, niech to diabli, jego własna konstrukcja biologiczna albo kultura domagały się, by polubił jednego przedstawiciela gatunku, współpracy z którym poświęcił całe swe życie.

    - Ja nie muszę być paidhim - powiedział w końcu, ponieważ Banichi uparcie milczał. - Nie muszę opuszczać rodziny ani mojego gatunku i żyć w miejscu, gdzie nie jestem mile widziany przez dziewięć dziesiątych populacji.

    - To jak się was wybiera? - zapytał Banichi.

    - To są studia. Specjalizacja. Jeśli jest się najlepszym, a dotychczasowy paidhi zrezygnuje z pracy, dostaje się jego stanowisko. Właśnie tak. To coś, co się robi, żeby utrzymać pokój.

   - Jesteś najlepszy w tym, co robisz.

    - Staram się - odparł: - Naprawdę się staram, Banichi. Najwyraźniej zrobiłem coś nie tak. Może obraziłem aiji - wdowę. Może wpędziłem się w niebezpieczną sytuację. Nie wiem. To przyznanie się do klęski,. Banichi. Nie wiem. Ale nie było cię tu, żebym mógł cię zapytać. Jago też nie. Nie mogłem znaleźć Alginiego. Tano nie miał dyżuru. Zapytałem więc Djinanę, który nie wiedział, co ty mógłbyś mi odpowiedzieć, gdybyś tu był.

   Banichi zmarszczył ponuro brwi.

    - Gdzie byłeś, Banichi? A może nie powinienem pytać? Gdybyś zamierzał odpowiedzieć na moje pytania, powiedziałbyś mi, że wychodzisz, a gdybyś nie chciał, żebym się martwił, to nie ukrywałbyś przede mną dowodów i nie odmawiałbyś odpowiedzi na moje rozsądne pytania, kiedy polegam na tobie w sprawach ochrony, o którą Traktat nie pozwala mi zadbać osobiście.

    Banichi przez chwilę nic nie mówił ani się nie poruszał. Następnie zdjął łokieć z obmurówki kominka i ruszył cicho do sypialni.

    Bren zamknął książkę z trzaskiem. Banichi obejrzał się zaskoczony. Przynajmniej Bren miał tę satysfakcję. Widać tamtemu też puszczają nerwy.

    - Gdzie jest Jago? - zapytał Bren.

    - Na dworze. Ona także odmawia odpowiedzi na twoje rozsądne pytania.

    - Banichi, do cholery! - Wstał, chociaż nie na wiele to się zdało: żeby spojrzeć Banichiemu w twarz, i tak musiał patrzeć w górę, nawet z tej odległości. - Jeśli jestem aresztowany i uwięziony, to mi to powiedz. I gdzie jest moja poczta? Czy do Maidingi nie przylatują rejsowe samoloty? Wyglądało mi to na prawdziwe lotnisko.

    - Raz w tygodniu z Shejidan. Większość kraju, nadi, żyje innym tempem. Uspokój się. Ciesz się jeziorem. Ciesz się zwolnionym tempem.

    - Zwolnionym tempem? Chcę baterii słonecznej, Banichi. Chcę zadzwonić. Nie mów mi, że nie ma tu telefonu.

    - Rzeczywiście, telefonu tu nie ma. To zabytek. Przewody zeszpeciłyby...

    - Podziemne przewody, Banichi. Rury pod sufitem. Jest tu mnóstwo przewodów.

    - Trzeba je tu doprowadzić.

    - Jest gaz. Jest światło. Dlaczego nie ma gniazdek? Dlaczego nie może ktoś pojechać do miasta, pójść do sklepu ze sprzętem i kupić dla mnie cholerny przedłużacz i wtyczkę? Mógłbym poświęcić jedną lampę. Historycznym murom nic by się nie stało.

    - Nie ma sklepu ze sprzętem. Miasto Maidingi jest bardzo małe, nadi Bren.

    - Boże.

    Zaczynała go straszliwie boleć głowa. Znowu podnosiło mu się ciśnienie, wszystko wokół zaczęło krążyć i kołysać się; blask, ciepło i syk ognia zalewały mu zmysły. Bren chwycił się obmurówki kominka.

    - Banichi, dlaczego Tabini to robi?

    - Co robi, nadi? Nie sądzę, żeby aiji-ji miał cokolwiek wspólnego ze sklepami ze sprzętem w Maidingi.

    To nie było zabawne. Oparł się plecami o kamienie, założył ręce i wbił w Banichiego gniewny wzrok, zdecydowany tak czy owak wszystko mu wygarnąć.

    - Wiesz, co robi. Poczułbym się lepiej, gdybym sądził, że to polityka. Nie czuję się lepiej, myśląc, że to może coś, co zrobiłem, albo że wpędziłem Tabiniego w kłopoty. Ja go lubię, Banichi. Nie chcę być powodem jego krzywdy - ani twojej, ani Jago. To moje man'chi. Ludzie tacy już są. Jesteśmy irracjonalnie lojalni względem osób, które lubimy, a ty dawno już przekroczyłeś granicę mojej uprzejmości, Banichi.

    - Najwyraźniej.

    - A ja wciąż cię lubię, niech cię licho. Nie można się pozbyć jednego z nas, nie można odrzucić naszej przyjaźni, bo man'chi nakazuje coś innego. Nie można się nas pozbyć, kiedy was lubimy. Banichi, jesteś ze mną związany, więc zrób z tego jak najlepszy użytek.

    Nie istniało wyraźne słowo na "lubić". Oznaczało ono skłonność do surówek lub mrożonych napojów. "Kochać" było jeszcze gorsze. Banichi nigdy by mu tego nie wybaczył.

    Nozdrza Banichiego rozchyliły się raz, dwa razy. Powiedział w mospheiranie z silnym akcentem:

    - Jakie znaczenie? Jakie znaczenie mówisz, nand' paidhi?

   - To takie uczucie, jakie żywię względem matki, brata i mojej pracy, jakie mam względem Tabiniego, ciebie i Jago. - Zawiódł go oddech. Podobnie jak opanowanie. Wyrzucił z siebie wszystko. - Banichi, przeszedłbym tysiąc mil, żeby usłyszeć od ciebie miłe słowo. Dla ciebie zdarłbym z grzbietu ostatnią koszulę, gdybyś jej potrzebował; gdybyś miał kłopoty, przeniósłbym cię ten tysiąc mil. Jak to nazwiesz? Głupotą?

    Znów te rozdęte nozdrza Banichiego.

    - To byłoby dla ciebie bardzo trudne.

    - I tak jest z lubieniem atevich. - Wyrwało mu się, zanim zdążył to ocenzurować. - Baji - naji. To moje szczęście.

    - Nie żartuj.

    - Nie żartuję. Boże, ja nie żartuję. Musimy kogoś lubić, bo inaczej umieramy, Banichi, od razu umieramy. Umawiamy się z babkami, pijemy z filiżanek podawanych nam przez obcych i nie prosimy już o pomoc, Banichi, bo po co, skoro nie widzicie, czego nam trzeba?

    - Jeśli się nie domyślę, co lubisz, grozisz mi zniszczeniem mojej reputacji. Czy to dokładna interpretacja?

    Ból głowy stał się nagle nie do zniesienia. Wszystko się zlewało.

    - Lubić, lubić, lubić - zostaw to cholerne słowo, Banichi. Ja przekraczam tę przepaść codziennie. Nie mógłbyś przekroczyć jej chociaż raz? Nie możesz przejść na moją stronę, Banichi, tylko jeden raz, żeby poznać moje myśli? Jesteś sprytny. Wiem, że trudno cię zwieść. Pójdź samotnym torem moich myśli, Banichi.

    - Nie jestem jakimś przeklętym daniem obiadowym!

    - Banichi-ji. - Ból osiągnął pewien poziom i na nim pozostał, możliwy do zniesienia, kiedy Bren już odkrył jego granice. Rękę opierał na obmurówce. Czuł jej fakturę, jedwabisty kurz wieków, rozgrzaną przez ogień skałę, wyrwaną ziemi, by powstał ten budynek, zanim jeszcze ludzie opuścili swój świat. Uspokoił się - pamiętał, że jest paidhim; pośrednikiem. Pamiętał, że sam to wybrał, wiedząc, że nie będzie żadnej nagrody, wierząc wtedy, że atevi oczywiście mają uczucia i że oczywiście, kiedy już znajdzie odpowiednie słowa, uruchomi odpowiedni przycisk, znajdzie klucz do atewskich myśli - otrzyma od nich wszystko, co poświęcał wśród ludzi.

    Miał wtedy dwadzieścia dwa lata, i to czego nie wiedział, znacznie przewyższało jego wiedzę.

    - Twoje zachowanie mnie martwi - rzekł Banichi.

    - Wybacz mi. - Ściśnięte gardło przeszkadzało mówić. Był jednak o wiele spokojniejszy. Wolał nie patrzeć na Banichiego. Wyobrażał sobie tylko podejrzliwość i gniew na jego twarzy. - Zareagowałem nieprofesjonalnie i nietaktownie.

    - Na co, nand' paidhi?

    Zdradliwy dobór słów. Rzeczywiście robi błędy, i to poważne. Ból głowy źle wpłynął na jego wciąż rozregulowany żołądek.

    - Źle zrozumiałem twoje zachowanie. To ja popełniłem błąd, nie ty. Czy pójdziesz ze mną na to poranne spotkanie i będziesz mnie pilnował przed moją własną głupotą?

    - Jakie zachowanie źle zrozumiałeś?

    Z powrotem do ataku. Banichi nie chwycił przynęty. A Bren nie miał teraz sił do spierania się ani w ogóle do działania na zimno.

    - Już to wyjaśniłem. Nic z tego nie zrozumiałeś. I nie zrozumiesz. - Zapatrzył się w ciemne kąty, gdzie nie docierał blask ognia i przypomniał sobie, jak Banichi zinterpretował jego wyjaśnienie. - To nie była groźba, Banichi. Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Cenię sobie twoją obecność i twoje zalety. Czy pójdziesz jutro ze mną?

    Z powrotem do najprostszych, najwcześniejszych i najbardziej uzgodnionych słów. Słów zimnych. Nie obciążonych.

    - Nie, nadi. Ateva nie zaprasza się sam do stołu wdowy. Ty przyjąłeś.

    - Zostałeś przydzielony...

    - Moje man'chi jest związane z Tabinim. Moje działania są jego działaniami. Paidhi nie mógł chyba zapomnieć tej prostej rzeczy.

    Bren był zły. Spojrzał na Banichiego i nie odrywał od niego spojrzenia na tyle długo, że, miał nadzieję, Banichi zastanowi się, w jakich innych obszarach jego działania są działaniami Tabiniego.

    - Nie zapomniałem. Jakże bym mógł?

    Banichi odpowiedział mu ponurym spojrzeniem.

    - Zapytaj o podsuwane ci dania. Dopilnuj, żeby kucharz wiedział, że jesz z aiji - wdową.

    Otworzyły się drzwi najbardziej zewnętrznego pokoju. Banichi natychmiast zrobił się czujny. To jednak była Jago, zmoczona deszczem jak Banichi, najwyraźniej w dobrym humorze, dopóki ich nie zobaczyła. Jej twarz natychmiast przybrała obojętny wyraz. Przeszła do sypialni Brena bez słowa.

    - Przepraszam - rzekł ponurym głosem Banichi i poszedł za nią.

    Bren wbił wzrok w jego odziane w czarny mundur plecy, w rozkołysany warkocz - dwoje ochroniarzy Tabiniego, idących przez jego sypialnię do pokoi dla służby; uderzył pięścią w obmurówkę. Ból poczuł dopiero wtedy, kiedy odszedł od kominka.

    Głupio, powiedział sobie w duchu. Głupio i niebezpiecznie próbować cokolwiek wyjaśnić Banichiemu: Tak, nadi, nie, nadi, jasne i proste słowa, nadi.

    Banichi i Jago udali się do pokoi dla służby, gdzie mieli oddzielne kwatery. Bren poszedł do własnej sypialni i rozebrał się, jednym okiem obserwując wiszące na ścianie martwe zwierzę, na którego pysku zastygła złość jego ostatniej, beznadziejnej walki.

    Oddało mu spojrzenie, kiedy się położył. Wziął do ręki książkę i zaczął czytać - był za bardzo rozgniewany, żeby zasnąć o dawnych atewskich bitwach, o zdradach i morderstwach.

    O statkach - widmach na jeziorze i zjawie straszącej w sali audiencyjnej na tym piętrze, o zwierzu, który czasami chodził, węsząc po korytarzach, szukając czegoś czy kogoś.

    Był nowoczesnym człowiekiem. To były atewskie przesądy. Spojrzał jednak tylko raz, po czym już unikał szklanych, wściekłych oczu zwierza na ścianie.

    Uderzył piorun. Zgasły wszystkie światła, palił się tylko ogień na kominku w sąsiednim pokoju, rzucając niepewny blask, który nie sięgał wszystkich kątów sypialni i w ogóle nie docierał do korytarza dla służby.

    Bren powiedział sobie, że piorun musiał uderzyć w transformator.

    Wszędzie jednak panowała niesamowita cisza, przerywana jedynie dziwnym, odległym dudnieniem, brzmiącym niczym dochodzące zza ścian bicie serca.

    Wtedy w korytarzu dla służby, za łazienką, odezwały się kroki. Zbliżały się do jego sypialni.

    Bren zsunął się z łóżka na kolana.

    - Nand' paidhi - zawołała Jago. - To ja, Jago.

    Wyciągnął rękę spod materaca i wśliznął się na łóżko. Siedząc, patrzył, jak cała brygada personelu przeszła niczym cienie przez jego pokój. Nie widział twarzy. Zobaczył błysk metalu na tym, co uznał za mundur Banichiego.

    Jedna osoba została w sypialni.

    - Kto to? - zapytał z niepokojem.

    - Jago, nadi. Zostaję z tobą. Idź spać.

    - Żartujesz!

    - To najprawdopodobniej tylko uderzenie pioruna, nand' paidhi. To, co słyszysz, to dodatkowy generator. Zapewnia działanie lodówek w kuchni, przynajmniej do rana.

    Wstał, zaczął szukać szlafroka i uderzył kolanem w krzesło, robiąc przy okazji hałas.

    - Czego chcesz, nadi?

    - Szlafrok.

    - Czy to to? - Jago znalazła natychmiast szlafrok w nogach łóżka i podała mu. Przypomniał sobie, że atevi widzą w nocy o wiele lepiej niż ludzie, i wcale tak bardzo nie podniosło go to na duchu. Włożył szlafrok, zawiązał pasek i przeszedł do salonu, jako pomieszczenia mniej prowokacyjnego, gdzie trochę światła dawał kominek, a przez okna widać było z rzadka białe błyski piorunów.

    Poszedł za nim cichy, skrzący się od metalu cień. W atewskich oczach odbijało się blade złoto. Dla atevich było niesamowite, że ludzkie oczy nie odbijają światła, że ludzie mogą przemykać się w ciemności nie zauważeni. Istniejące między nimi różnice stanowiły treść ich koszmarów.

    Powiedział sobie jednak, że nie ma bezpieczniejszego towarzystwa na świecie i że cały ten zamęt spowodowało tylko uderzenie pioruna. Pomyślał też, że kiedy wróci Banichi, będzie mokry, zmarznięty i w kiepskim humorze.

    Jago nie miała na sobie jednak szlafroka. Kiedy zgasły światła, Jago była w mundurze i uzbrojona, podobnie jak Banichi.

    - Czy ty nie sypiasz? - zapytał, stając przed ogniem.

    Bliźniacze odbicia w jej oczach przygasły - mrugnęła - a potem zniknęły, kiedy podeszła na tyle blisko, żeby oprzeć łokieć na kamiennym gzymsie kominka. Jej cień górował nad nim. Ogień lśnił na jej czarnej skórze.

    - Nie spaliśmy - rzekła.

    Wszędzie wokół niego coś się działo bez żadnych wyjaśnień. Mimo szlafroka poczuł chłód i pomyślał, że bardzo potrzebuje snu przed rannym spotkaniem z wdową.

    - Czy są tu wokół jakieś zabezpieczenia? - zapytał.

    - Oczywiście, nadi-ji. To wciąż jest forteca, jeśli zachodzi taka potrzeba

    - Z turystami i w ogóle.

    - Turyści. Tak. Jutro przyjeżdża jedna grupa, nadi. Bądź rozważny, proszę. Nie powinni cię zobaczyć.

    Zziębnięty, stojąc tak przy ogniu w samym szlafroku, poczuł się bardzo kruchy.

    - Czy zwiedzający, kiedykolwiek... odłączają się od grupy, wymykają się spod obserwacji straży?

    - Jest za to wyznaczona duża grzywna - odpowiedziała Jago.

   - Za zabicie paidhiego pewnie też - mruknął. Szlafrok nie miał kieszeni. Żadnego atewskiego krawca nie można było przekonać do kieszeni. Wsunął ręce do rękawów. - Przynajmniej miesięczna pensja.

    Jago uznała, że jest to zabawne. Usłyszał jej śmiech - rzadki dźwięk. To było jej pocieszenie.

    - Mam być na śniadaniu z babką Tabiniego - powiedział. - Banichi jest na mnie wściekły.

    - Dlaczego przyjąłeś zaproszenie?

    - Nie wiedziałem, że mogę odmówić. Nie wiedziałem, jakie to sprowadzi kłopoty...

    Jago prychnęła szyderczo.

    - Banichi powiedział, że to dlatego, że uważasz go za deser.

    Przez chwilę nie mógł się śmiać. Cała sprawa była zbyt mroczna, graniczyła z bólem; potem jednak dostrzegł jej śmieszność, ponure zdumienie Banichiego, swoje ludzkie pragnienie znalezienia celu dla sierocych uczuć. Nagłą, bezprecedensową chęć Jago do rozmowy.

    - Rozumiem, że zaszła pomyłka w tłumaczeniu - rzekła.

   - Wyraziłem swój najwyższy szacunek dla niego - powiedział Bren. Było to zimne, sztywne i właściwe sformułowanie. Znów miała nastąpić cała ta daremna dyskusja i nieprzekraczalne bariery. - Szacunek. Życzliwość. To jedno i to samo.

    - Jak to? - zadała uczciwe pytanie Jago. Atewskie słowa nie miały tego znaczenia, które usiłował im nadać. To było niemożliwe, nigdy tak się nie stanie. Cała biologiczna konstrukcja atevich była inna, tak mówili eksperci. Dynamika stosunków między atewskich była inna - i żaden paidhi jej nie rozgryzł, być może dlatego, że paidhiin niezmiennie usiłowali znaleźć słowa pasujące do ludzkich kategorii, a potem, kiedy świat atevich ich przytłaczał, w samoobronie oszukiwali się co do ich znaczenia.

    Boże, dlaczego ona postanowiła rozmawiać akurat tej nocy? Czy to polityka? Przesłuchanie?

    Nadi - rzekł ze zmęczeniem w głosie - gdybym potrafił to powiedzieć, to rozumielibyście nas o wiele lepiej.

    - Banichi zna mospheiran. Powinieneś mu to powiedzieć w mospheiranie.

    - Banichi nie czuje mospheiranu. - Było późno. Zachowywał się nadzwyczaj głupio. Zrobił rozpaczliwy, na wielką skalę zakrojony wysiłek nazwania abstrakcji. - Usiłowałem dać mu do zrozumienia, że uczyniłbym dla niego życzliwe rzeczy, ponieważ wydaje mi się on życzliwą osobą.

    Stwierdzeniem tym przynajmniej przeniósł sprawę w królestwo abstrakcji, w sferę postrzegania losu jako czynnika rządzącego wszechświatem, który w myśleniu atevich Ragi mógł uchodzić za boga.

    - Midei - oświadczyła Jago ze zdumieniem. Bren nigdy przedtem nie słyszał tego słowa, a to rzadko się zdarzało. - Dahemidei. Jesteś midedeni.

    To już trzy słowa z rzędu. Był zbyt zmęczony, żeby robić notatki, a tek cholerny komputer nie działał.

    - Co to znaczy?

    - Midedeni wierzą, że szczęście i życzliwość mają źródło w osobach. To oczywiście była herezja.

    Oczywiście.

    - A więc było to dawno temu.

    - Och, połowa Adjaiwaio wciąż wierzy w coś podobnego, w każdym razie na wsi - że powinno się wchodzić w relacje patronackie ze wszystkimi napotkanymi osobami.

    Cały odległy Patronat, w którym atevi lubią innych atevich? Chciałby tam pojechać, ale jednocześnie bał się, że istnieją inne, zasadnicze różnice, może nawet zagrażające Traktatowi.

    - Naprawdę w to wierzysz? - Jago drążyła sprawę. I rzeczywiście było to niebezpieczne: myśli Brena biegnące tym torem natychmiast rozpraszały się i przepełniała je tęsknota, trudno mu było znaleźć logiczne argumenty przeciwko bardzo pociągającej koncepcji, że atevi potrafią zrozumieć uczucie przywiązania. - Czy władcy techniki naprawdę tak sądzą?

    Jago najwyraźniej uważała, że inteligentne osoby raczej tak nie myślą.

    Sprawiło to, że Bren, zgodnie z wewnętrznym zwyczajem paidhiego, zadał sobie pytanie, czy ludzie w jakiś sposób nie są ślepi na prymitywny charakter takich związków.

    Następnie poczucie przemieszczenia szarpnęło nim w przeciwnym kierunku, z powrotem w przekonanie, że ludzie mają rację.

    - Coś w tym stylu - powiedział. Eksperci mówili, że atevi nie potrafią wyjść poza myślenie hierarchiczne. A Jago mówiła, że mogą? Serce waliło mu jak młotem. Rozsądek podpowiadał, żeby się wstrzymał, nie wierzył, że gdzieś tu jest sprzeczność. - A więc możecie czuć przywiązanie do kogoś, z kim nie jesteście związani poprzez man'chi.

    - Nadi Bren, czy składasz mi propozycję seksualną?

   Poczuł pustkę w żołądku.

    - Co... Ależ nie, Jago-ji.

    - Zastanawiałam się nad tym.

    - Wybacz mi to niestosowne zachowanie.

    - Wybacz mi moje błędne przypuszczenie. O co pytałeś?

    - O... - Odzyskanie obiektywnego sądu było niemożliwe. A może nigdy go nie miał. - Chciałbym tylko poczytać o midedenich, jeśli mogłabyś znaleźć mi odpowiednią książkę.

    - Oczywiście. Tu chyba jednak takiej nie będzie. W bibliotece Malguri są pozycje głównie dotyczące miejscowej historii. Midedeni żyli wyłącznie na wschodzie.

    - Jeśli można, chciałbym taką książkę zatrzymać.

    - Z pewnością. Jeśli nic się nie znajdzie, ja mam coś takiego, ale w Shejidan.

    Strasznie nabałaganił. Na osobie, która prawdopodobnie podlega bezpośrednio Tabiniemu, zrobił wrażenie, że ludzie wyznają jakąś zatwardziałą herezję, która zapewne w najmniejszym stopniu nie odpowiadałaby atevim.

    - Przypuszczalnie to nie ma znaczenia - powiedział, usiłując naprawić zło. - Całkowita zgodność jest po prostu - zbyt nieprawdopodobna. - Jago miała bystry umysł. Bardzo bystry; Bren zaryzykował uwagę, jaką normalnie wypowiedziałby jedynie w obecności Tabiniego. - Właśnie pozorne zgodności mogą być najbardziej zwodnicze. Chcemy w nie wierzyć.

    - My w Shejidan przynajmniej przestrzegamy zasad grzeczności. Nie strzelamy do innych z powodu różnic filozoficznych. Ja takiego kontraktu na pewno bym nie przyjęła.

    Dobry Boże. Jago chyba zażartowała. Drugi raz tego wieczoru.

    - Oczywiście, że nie.

    - Mam nadzieję, że cię nie obraziłam, nadi.

    - Ja też cię lubię.

    W języku atevich brzmiało to bardzo śmiesznie. Wywołał rzadko pojawiający się uśmiech Jago, pochylenie głowy, błysk tej niesamowitej lustrzanej poświaty w jej oczach - zupełnie, całkowicie trzeźwych oczach.

    - Nie zrozumiałam - rzekła. Znaczenie umyka mi, nadi.

   Najlepsza wola na świecie nie zasypie tej przepaści. Spojrzał na Jago z poczuciem takiego osamotnienia, jakiego nie zaznał od czasu pierwszego tygodnia pobytu na kontynencie, od pierwszej nie zamierzonej pomyłki w stosunkach z atevimi.

    - Ale się starasz, Jago-ji. Banichi też się stara. To sprawia, że jestem mniej... - Nie istniało słowo "samotny". - Mniej pojedynczy.

    - Mamy wspólne man'chi - rzekła Jago, jakby rzeczywiście zrozumiała coś z tego, co mówił. - Względem rodu Tabiniego. Nie wątp w nas, paidhi -ji. My cię nie opuścimy.

    Znów nie o to chodziło. Nie było niczego, co umożliwiłoby ten logiczny przeskok. Patrzył na Jago, zadając sobie pytanie, jak ktoś tak dogłębnie uczciwy i uprzejmy, biorąc pod uwagę jej licencję, może być tak całkowicie pozbawiony tego, co uczyniłoby możliwym taki wyraz emocjonalnej potrzeby. To po prostu nie pasowało do obrazu. I błędem było wiązać jakiekolwiek nadzieje z Adjaiwaio czy z dawno już martwą filozofią.

    Kluczem była tu filozofia: intelekt, nie emocje. Człowiek, który ją przyjmował, odchodził pusty i pogrążony w bólu.

    - Dziękuję ci, nadi-ji - powiedział Bren i odszedł od ognia. Stanął przy oknie, przez które było widać tylko krople deszczu na ciemnym tle.

    Coś stuknęło, a może trzasnęło. Odbiło się echem od murów raz, dwa razy.

    To nie była obluzowana okiennica. Bren pomyślał, że dźwięk dobiegł spoza murów, z kierunku południowo - zachodniego, spoza podjazdu.

    Dom wydawał się bardzo cichy, jeśli nie liczyć deszczu i trzasku ognia na kominku.

    - Odejdź od okna - powiedziała Jago, i Bren natychmiast się cofnął. Przywarł ramieniem do twardego kamienia, a serce waliło mu jak młotem. Spodziewał się, że Jago zostawi go i pobiegnie na pomoc Banichiemu. Wyobraźnia ukazała mu czterech czy pięciu zabójców, pokonujących antyczne zabezpieczenia zamku, znajdujących się już w obrębie jego murów.

    Jago jednak stała, jak się wydawało, tylko nasłuchując. Nie było drugiego wystrzału. Zabrzęczał jej kieszonkowy komunikator - nie widział go u niej, ale oczywiście go miała; uniosła go i przełączyła na odbiór. Odezwał się Banichi, mówiąc szyfrem.

    - Tano strzelił do cieni - przetłumaczyła, rzucając okiem na Brena. Jej czarna sylwetka rysowała się na tle ognia. - Wszystko w porządku. On nie ma licencji.

    Chciała przez to powiedzieć, że jest zrozumiałą rzeczą, iż popełnił błąd w ocenie sytuacji. Zatem przynajmniej Tano, a prawdopodobnie i Algim, są w domowej straży Tabiniego - wolno im nosić broń palną dla obrony, ale nie wolno się nią posługiwać w miejscach publicznych.

    - A więc to była błyskawica? - zapytał Bren. - Czy strzelają do błyskawicy?

    - Nerwowe palce - odparła swobodnie Jago i wyłączyła komunikator. - Nie ma żadnego powodu do zmartwienia, nadi -ji.

   - Kiedy będziemy mieli prąd?

    - Gdy tylko monterzy przybędą tu z Maidingi. Można przypuszczać, że nie będziemy mieli światła do rana. To się zdarza, nadi. Armaty na murach bardzo często przyciągają pioruny. Podobnie jak, niestety, transformator. Nie ma w tym nic niezwykłego:

    Z powodu braku prądu śniadanie może zostać odwołane. Może otrzyma chwilę wytchnienia od swego szaleństwa.

    - Proponuję, żebyś się położył - rzekła Jago. - Posiedzę tu i poczytam, dopóki nie wróci reszta. Rano masz spotkanie.

    - Rozmawialiśmy o man'chi - powiedział. Był zdenerwowany - z powodu burzy, strzału czy własnych niedociągnięć. Posunął się do zbyt wielkiej poufałości w rozmowie z Jago, aż do punktu, w którym uznała, że chce się z nią kochać - Boże, miej go w opiece. Zatykał wszystkie dostępne kanały komunikacji, znajdował się w emocjonalnym dołku, czuł się bardzo skrępowany wrażeniem, jakie na niej zrobił, wrażeniem, które niewątpliwie przekaże Banichiemu. Potem razem z nim powiedzą Tabiniemu, że paidhi zachowuje się bardzo dziwnie. Zalecał się do Jago, zaprosił Djinanę na księżyc i myśli; że Banichi jest deserem.

    - Naprawdę? - Jago podeszła do niego i chwyciła go za ramię. - Wróćmy do twojej sypialni, nand' paidhi, zmarzniesz... - Pociągnęła go tak mocno na drugą stronę okna, że - zupełnie na to nie przygotowany - poczuł ból.

    Poszedł więc z nią, mówiąc sobie w duchu, że jeżeli byłaby naprawdę zaniepokojona, to kazałaby mu się pod tym oknem przeczołgać - ona jedynie chciała go od niego odciągnąć, bo świecił w nim wyraźny blask ognia, z którym kontrastowały ich sylwetki. Między tym oknem i jeziorem były przecież mury zewnętrzne.

    Ale czy rzeczywiście bała się pioruna uderzającego w armatę?

   - Połóż się do łóżka - powiedziała Jago, odstawiwszy go pod drzwi sypialni. - Bren-ji, nie martw się. Uszkodzenia są badane. Będziemy musieli przekazać tę informację elektrowni. Kiedy już zdarzy się nam awaria prądu, podejmujemy oczywiście specjalne środki ostrożności. To zwykła procedura. Być może usłyszysz, że wychodzę. Być może nie usłyszysz. Nie martw się o swoje bezpieczeństwo.

    A więc istniała możliwość połączenia się z lotniskiem przez radio ochrony. Można się było domyślić. Po raz pierwszy jednak ktoś się do tego przyznał. A perspektywa nieustannych wędrówek ochrony przez jego sypialnię nie wróżyła, że będzie mógł się wyspać.

    Usiadł jednak na łóżku, a Jago wróciła do pokoju, zostawiając go prawie w całkowitej ciemności. Zdjął szlafrok, wślizgnął się pod skóry i leżał, nasłuchując. Obserwował, jak nikłe światło padające z kominka w sąsiednim pokoju rzuca na ściany ruchome cienie i lśni w szklanych oczach zwierza naprzeciw łóżka.

    Mówią, że tu jest absolutnie bezpiecznie, posłał mu myśl. Nie martw się.

    Mówienie do zwierza miało swego rodzaju sens, skoro byli w tak zażyłych stosunkach. Było to stworzenie z tej planety. Zginęło, walcząc wściekle z atevimi, którym zabicie go sprawiło przyjemność. Nikomu nie musiało być nikogo żal. Nie było ostatnim przedstawicielem gatunku. Prawdopodobnie w zaroślach czaiły się setki tysięcy jego pobratymców równie wściekłych i bezlitosnych, jak ono.

    Przystosowane do tej ziemi. Nie wiązało się ze swoim potomstwem czy towarzyszami. Nie potrzebowało ich. Natura wyposażyła je w hierarchiczne poczucie dominacji, wolę przeżycia, odporność na złamanie serca.

    Żyło, dopóki nie zabiło go coś groźniejszego, co zatknęło jego głowę na ścianie, by dotrzymywała towarzystwa głupiemu człowiekowi, który sam się w to wplątał - który uganiał się za wiedzą, a potem za zaszczytem bycia najlepszym.

    Musiało mu to wystarczyć jako towarzystwo do łóżka w takie noce. Z całą pewnością nie było bowiem nic innego, i jeśli pozwoli sobie na...

    Nie mógł jednak tego zrobić. Mając dwadzieścia sześć atewskich lat, paidhi nie mógł zacząć przypisywać ludzkich cech osobom, z którymi miał do czynienia. To byłaby najgorsza pułapka. Wszyscy jego poprzednicy z tym walczyli. Wiedział o tym - teoretycznie.

    Szło mu bardzo dobrze, kiedy znajdował się w odległości godziny lotu od Mospheiry. Kiedy jego poczta przychodziła na czas, dwa razy w tygodniu. Kiedy...

    Kiedy ponad wszelką wątpliwość wiedział, że jeszcze kiedyś zobaczy ludzką twarz, i kiedy wszystkie sprawy toczyły się nadzwyczaj dobrze. Kiedy on i Tabini byli takimi dobrymi przyjaciółmi:

    Wpisać to słowo: przyjaciel.

    Tutaj paidhi znalazł się w poważnych kłopotach. Paidhi był tu kompletnie ślepy.

    Paidhi nie wiedział, dlaczego się tu znalazł, paidhi nie wiedział, w jaki sposób wróci, paidhi nie doznawał w kontaktach z Banichim i Jago emocjonalnego spełnienia, jakie dawał mu Tabini, śmiejąc się i żartując z nim, aż do ostatniego ich spotkania.

    Kiedy rozwalali kulami melony w drobny mak, Tabini klepał go po plecach - delikatnie, bo ludzkie plecy tak łatwo się łamią - i mówił, że ma prawdziwy talent strźelecki. Ważniejsze jednak było, jak dobry jest Tabini? Jak dobry jest w odczytywaniu ludzkiego serca?

    Może jego poprzednik zdradził Tabiniemu, że paidhiin pragną osobistych związków?

    Że im dłużej się ich zna, tym większymi głupcami się stają, tym bardziej są ufni i tym łatwiej wyciągnąć z nich różne rzeczy?

    W gardle miał bolesną kulę, bolesny ludzki węzeł emocji, przeszkadzający mu w racjonalnej ocenie sytuacji. Czasami zadawał sobie pytanie, na jak długo wystarczy mu umiejętności, czy potrafi się dostosować? Nie wszystkim paidhiin udawało się wytrwać na stanowisku do końca życia. Źródło porad wyschło - Wilson zupełnie mu nie pomógł, tylko zrobił się jakiś dziwny i tak drażliwy, że rada mówiła o zastąpieniu go kimś innym, wbrew wyraźnemu sprzeciwowi ojca Tabiniego. Wilson miał trzeci atak serca w pierwszym miesiącu po powrocie na Mospheirę, zachowywał się beznamiętnie podczas każdego cholernego spotkania, jakie razem odbyli. Nigdy nie powiedział Brenowi niczego, co mogłoby mu się przydać.

    Rada twierdziła, że się wypalił. Bren uwierzył im na słowo i w myślach starał się nie nazywać Wilsona sukinsynem. Kiedy zastępował Wilsona pod jego nieobecność - po kilka dni z rzędu podczas ostatnich dwóch lat administracji Valasiego poznał Tabiniego. Uznał, że jego poprzednik, Valasi, dorównuje ponurym nastrojem Wilsonowi, ale Tabiniego polubił znów to niebezpieczne słowo - w gruncie rzeczy, nigdy nie wierzył w wypalenie się Wilsona. Człowiek nie robił się taki dziwny, taki nieprzyjemny, bez udziału własnej osobowości. Nie lubił Wilsona, i kiedy zapytał go o wrażenie, jakie zrobił na nim Tabini, Wilson odpowiedział zgryźliwie: "Takie samo, jak cała reszta".

    Nie lubił Wilsona. Lubił Tabiniego. Uważał, że rada popełniła błąd, pozwalając objąć stanowisko paidhiego Wilsonowi, człowiekowi tak uprzedzonemu.

    Tej nocy się przestraszył. Zobaczył w wyobraźni lata, które mógłby spędzić na tym urzędzie, i lata, które mógł zmarnować na głupotę zwaną przyjaźnią z Tabinim, i zobaczył się na miejscu Wilsona, bez żony, bez dziecka, bez przyjaciółki, po tym, jak pewnego dnia Barb uzna, że jakiś inny mężczyzna na Mospheirze jest lepszą inwestycją. Życie jest za krótkie, żeby być na każde zawołanie faceta, który wkracza w jej życie bez żadnych wyjaśnień, nic nie mówiąc o swojej pracy - z twarzą, która zaczynała martwieć, jakby nerwy zawiadujące jej mimiką zostały przecięte.

    Mógłby zrezygnować. Mógłby wrócić do domu. Mógłby się oświadczyć Barb.

    Nie miał jednak gwarancji, że Barb chce za niego wyjść. Żadnych pytań, żadnego zaangażowania, żadnego dzielenia się kłopotami - bajkowy weekend w wykwintnych restauracjach i luksusowych hotelach... Nie wiedział, co Barb naprawdę myśli, nie wiedział, czego naprawdę chce, znał ją tylko z tych krótkich spotkań. To nie była miłość. To nie była nawet bliska przyjaźń. Kiedy próbował myśleć o ludziach, których przed pójściem na uniwersytet nazywał przyjaciółmi, nie wiedział, gdzie teraz są, czy wyjechali z miasta, czy zostali.

    Od tygodnia nie potrafił przekazać sytuacji Deanie Hanks. Ciekawe, gdzie znajdzie w sobie siłę, żeby przekazać jej całą robotę i po prostu odejść - nieodwołalnie odwrócić się plecami od tego, do wykonywania czego przygotowywał się przez całe życie?

    Jak Wilson, człowiek siedemdziesięcioletni, który właśnie widział zabójstwo Valasiego, który właśnie przyjechał do domu, ponieważ jego kariera skończyła się wraz z Valasim - z dorobkiem czterdziestu trzech lat pracy w postaci napisanych przez siebie słownikowych haseł; garści artykułów naukowych i rekordową liczbą wystąpień przeciwko projektowi drogi Transmontane. Żadnej żony, żadnej rodziny. Czekała na niego posada nauczyciela akademickiego, a on nie potrafił porozumieć się ze swoimi studentami.

    Wilson nie potrafił porozumieć się ze studentami - ludźmi.

    Kiedy z tego wyjdzie, napisze rozprawę, bez względu na to, jak bardzo będzie niepochlebna, rozprawę o Wilsonie i punkcie styczności obu kultur, i rozmowie, jaką odbył z Jago, i o tym, dlaczego Wilson, z taką twarzą, z takim zachowaniem, z takim podejściem, nie potrafi porozumieć się ze swymi studentami.

    Tuż za ścianą uderzył piorun. Bren podskoczył. Serce biło mu dwa razy szybciej niż zazwyczaj, a w uszach dzwoniło.

   - Armata, powiedziała Jago. Zwykłe wydarzenie.

    Leżał, trzęsąc się, czy to z powodu hałasu, czy szaleństwa nocy. A może już nie rozumiał, dlaczego tu jest albo dlaczego taki strażnik z Bu - javid jak Tano wyciąga broń i strzela, kiedy inni oglądają transformatory.

    Oglądają transformatory trafione przez pioruny, podczas gdy niebo nad głowami rozdzierają błyskawice i leje się na nich deszcz.

    Akurat, Jago - pomyślał. Akurat... Strzelanie do cieni. Jakich cieni spodziewa się Tano w deszczu, Jago?

    Cieni, które latają rejsowymi samolotami, a najlepsza ochrona na tej planecie, poza naszą, nie wie, kto to jest i gdzie się podziewa?

    Akurat, Jago.

następny